Ciekawe artykuły

Dział zawiera książki, lektury i artykuły warte przeczytania, przejrzenia.

Ciekawe artykuły

Postprzez Bartec » 14 paź 2012, o 17:10

Post Semena

Proponuję zamieszczać w tym miejscu ciekawe i warte przeczytania artykuły.
Na początek zamieszczam artykuł autorstwa Marcina Gawędy „Umundurowanie, czyli barwa dragonów".
Mimo, że traktuje głównie o dragonach jest też parę pożytecznych informacji o piechocie.
„Umundurowanie”, czyli barwa dragonów Data: Sob 24 Kwi, 2004
Autor: Marcin Gawęda
Barwa, czyli kolor.
Wzory mundurów i ich charakterystyka.
Kłopoty z barwą.
Barwa na imprezach i w boju.
Przypisy.

Barwa, czyli kolor.

Słowo „barwa” oznaczające dosłownie kolor, farbę, czy maść, a szerzej mundur wojskowy, bynajmniej nie pojawiło się po raz pierwszy za panowania Stefana Batorego i ustanowionej przez niego piechoty wybranieckiej, ale istniało już wcześniej. Bodaj po raz pierwszy zostało użyte w „Porządku praw rycerskich wojennych” ogłoszonych przez króla Zygmunta II Augusta w 1557 r. [1].

Szymon Starowolski w swym dziele poświęconym wojskowości polskiej („Institutorum Rei Militaris Libri VIII...”, Cracoviae 1640) tak określił funkcje munduru zwanego po staropolsku „barwą”: „My Sarmaci zwykliśmy od dawna ubierać zarówno pieszych jak i konnych w jeden kolor. Również i najemnych, których wybierano z Niemiec lub z Węgier, przede wszystkim pieszych lub lekką jazdę [...] nie tylko w celu odróżnienia od nieprzyjaciół, lecz także w celu zastraszenia oczu przeciwnika oraz łatwiejszego zniesienia surowości niepogody” [2].

Starano się by jednostka (chorągiew, kompania) miała jednolitą barwę. Mimo, że w XVII wieku nie ustalano jeszcze kolorów dla poszczególnych rodzajów broni to jednak istniały pewne preferencje, które w miarę możliwości starano się przestrzegać. I tak chorągwie husarii miały najczęściej żupice (husarki) z sukna czerwonego lub granatowego, rzadziej zielonego lub szaroróżowego, a jednostki piechoty polsko-węgierskiej zarezerwowaną miały dla siebie barwę błękitną (obłoczystą) lub żółtą. W chwilach żałoby zdarzało się, że żołnierze przywdziewali „barwę” czarną; czarne bywały wtedy także proporce. Wojska magnackie formowane w obu autoramentach miały z reguły „barwę” zgodną z heraldycznymi barwami właściciela [3].

Według Z. Glogera umiłowanym przez Słowian kolorem, a zwłaszcza przez Polaków, „był szkarłat czyli czerwień”, stąd liczne jego odmiany. Natomiast na Litwie popularny miał być kolor błękitny. Dodajmy do tego jeszcze kiry, fiolety karmazyny, purpury, „koraliny i blamparanty” [4].

Wzory mundurów i ich charakterystyka.

Umundurowanie dragonów w interesującym nas okresie oparte było przede wszystkim na wzorach mundurów szwedzkich lub niemieckich, które obowiązywały aż do lat siedemdziesiątych XVII wieku. Dragoni ubrani byli w kolety, na głowach nosili kapelusze (oficerowie) z czarnego lub brązowego filcu z szerokim rondem lub tzw. kuczmy, czyli futrzane czapki (gemajni) oraz wysokie buty do kolan z szeroką cholewą. Kapelusze oficerów przystrojone były dodatkowo w barwne strusie pióra, czasem czapli. Nazwa kita zastąpiła z czasem pierwotną nazwę forga (od węg. „forgo” – powiewający, trzepoczący się), która oznaczała raczej duży („suty”) pęk piór. Szeregowi dragonii także mogli mieć kity, ale prostsze i z włosia [5]. W latach Wielkiej Wojny Północnej dragonii zamiast czapek i kołpaków ubierają już trójgraniaste kapelusze.

Już po bitwie chocimskiej 1621 r. dragonii zaczęli nosić niezwykle wtedy modne i zarezerwowane dla towarzyszy „górnych znaków” (husarii) opończe z futrzanymi kołnierzami. Powodowało to niezwykle żywe reakcje szlacheckiej jazdy [6].

Nosili dragoni także płaszcze-peleryny z kapuzami [7]. Uważa się, że umundurowanie to w I połowie XVII w. niczym nie różniło się od wojsk obcych np. szwedzkich, a całkowicie polskie wzory mundurów dragońskich pojawiły się dopiero za Sobieskiego wypierając dotychczasowe. Tym bardziej interesujący jest sztych Hondiusa przedstawiający dragona polskiego z 1636 r., który ma na głowie typowo polską czapkę [8].

Podstawowym elementem nowego wzoru były sukienne, podszyte płótnem liberie i spodnie do butów zazwyczaj w kolorze czerwonym. Jako ubiór wierzchni dragoni mieli niebieskie żupany, podszywane płótnem, błękitny (obłoczysty) był częstą „barwą” dragonii Sobieskiego [9]. Kolor błękitny był chyba dosyć popularny w jednostkach dragońskich już wcześniej, bowiem niebieskie kontusze mają także dragonii na ilustracjach B. Gembarzewskiego: jeden z roku 1649, a drugi z 1660 [10]. Na głowie dragoni nosili kapuzy lub futrzane czapki, które wyparły z użycia kapelusze. Dno czapki mogło być farbowane np. na czerwono lub karmazynowo. Znakiem oficerskim autoramentu cudzoziemskiego była zwykle czerwona szarfa związana w pasie lub przez prawe ramię, ewentualnie wokół lewego ramienia. Płaszcze dragońskie, jeśli nie były używane, rolowano za łęgiem siodła.

Przy opisie barwy dragońskiej, jak i innych elementów XVII wiecznych formacji wojskowych niezwykle cenne są materiały ikonograficzne. Przykładowo sporo informacji dotyczących dragonii Sobieskiego pod Wiedniem zawierają obrazy. Na jednym z nich B. Gembarzewski widział dragonów w koletach sukiennych, które jego zdaniem były przeważnie pąsowe (?), czapki dragońskie były futrzane. Co ciekawe na szyjach dragonów zdaniem Gembarzewskiego dość często pojawiały się białe lub czarne chusty zwane krawatami – słowo miało pochodzić od stroju jazdy kroatskiej w służbie Ludwika XIV (les cravates) [11].

W drugiej połowie XVII wieku sukno na mundury zakupywano najczęściej u sukienników wielkopolskich lub śląskich i oddawano do szycia krawcom miejskim. Dla kresów południowo-wschodnich takim centrum zaopatrzeniowym był np. Lwów, a dla Litwy Wilno. Buty, kapelusze, siodła wytwarzano w kraju, ale także często sprowadzano ze Śląska.

Kłopoty z barwą.

Nie zawsze jednak jednostki otrzymywały przyrzeczoną już nawet „barwę”. Regimentowi piechoty Franca Kruzebecka pozyskanemu z szeregów moskiewskich w latach 1617-18 miano dać „barwę” co gwarantowano słowem hetmańskim, ale obietnicy nie dotrzymano, bowiem nie chciał jej respektować podskarbi ziemski [12]. Czasem na umundurowanie jednostki po prostu nie było czasu. Jan III z obozu żórawińskiego 8.X.1676 r. pisał o kilku regimentach piechoty i dragonii „lepiby było, żeby te regimenty przyszły na wojnę bez barwy, niżeli w barwie na Gregorjanki do Lwowa po wyjściu w marszu dwuch [sic!] ćwierci!” [13]. Stąd trzeba pamiętać, że piechota i dragonia, szczególnie w trakcie ciężkich i długich kampanii, zazwyczaj była obdarta, głodna i źle wyposażona. Nie może być inaczej, skoro w czasie kampanii królewskiej przeciwko Jerzemu S. Lubomirskiemu w roku 1665, pisze Sobieski, że nie nadążano nawet z zaopatrzeniem wojska w buty [14]. Francuz D’Alerac natomiast pisze wprost o dragonach z czasów Sobieskiego, których widział, że: „są źle wyposażeni, prawie nadzy i w zupełnej pstrokaciźnie”. Lepiej wyglądały z pewnością regimenty dragonii, na które dawali prywatne fundusze ich magnaccy szefowie. Zupełnie inaczej musiał przecież wyglądać regiment dragonii Sobieskiego, czy innego, bogatego magnata, a inaczej kompania zawodowego oficera, nie dysponującego wielkimi funduszami.

Exorbitancje z 1632 r. w rozdziale „De pedestrii militia honoratione instituenda” traktują obszernie o piechocie autoramentu cudzoziemskiego, zalecając jej tworzenie z własnych obywateli, najlepiej stanu szlacheckiego. Podając środki potrzebne do utworzenia jednostki, sposobu organizacji itp., w punkcie 6 jest mowa o umundurowaniu: „Ponieważ w rozdawaniu barwy często i skarbowi szkoda za rozbieżeniem piechoty i samej piechocie krzywda się dzieje, przetoż barwa ex aerario Reipublicae [ze skarbu Rzeczypospolitej] nie ma być na nich dawana, ale przykładem cudzoziemców, w jakiej kto sukni służyć chce, w takiej niech służy” [15]. Barwa jednostki autoramentu cudzoziemskiego zależała więc od tego jakie sukno zakupi szef tejże jednostki i nie była w żaden sposób narzucana z góry.

Barwa na imprezach i w boju.

Sytuacja wyglądała inaczej w przypadku oddziałów prywatnych oraz w przypadku dragonii gwardii, które często spełniały funkcje reprezentacyjne. Możemy się domyślać, że przed wszelkiego rodzaju uroczystościami dokładano szczególnych starań by żołnierze prezentowali się jak najlepiej i z pewnością nie raz poprawiano ich umundurowanie i wyposażenie. Czasem żołnierze wystrojeni byli z niezwykłą ekstrawagancją, tak jak podczas ślubu Marii Kazimiery d’Arquien i Jana Zamoyskiego w 1658 r. Barwny orszak Zamoyskiego opisywał Rousseau de la Valette: „stu hajduków z gwardii księcia, ich kurtki, ładownice i pasy ozdobione były płomienistymi sercami, złotymi monogramami i godłami, ich wydrowe kołpaki przystrojone, dwoma białymi piórami, a ich stalowe topory pozłacane [...]” [16].

Szczególnie dbano o mundur jednostek nadwornych (przybocznych), co jest jak najbardziej zrozumiałe. Sumy wydawane na „barwę” były znaczne i mogły nawet zwiększać koszt utrzymania oddziału o 1/3. Były to ekspensy naprawdę duże, np. Krzysztof Radziwiłł w 1626 roku na „barwę” dla swoich 31 kozaków nadwornych wydał aż 1000 zł. Nawet jeśli przyjmiemy, że ich ubrał pysznie, to wydatek był zaiste wielki [17].

Zupełnie inaczej natomiast wyglądał mundur żołnierzy w czasie kampanii, kiedy każdy kolejny miesiąc służby zostawiał na nim ślad. Z braku zorganizowanego zaopatrzenia pozostawały tylko własna zaradność i łupy. Szczególnie źle przedstawiała się „barwa” piechoty i dragonii, bowiem na oszczędnościach mundurowych mógł zarobić szef jednostki i de facto niezmiernie rzadko wojsko plebejskie dostawało nowe mundury. Zdarzały się jednak przypadki, zwłaszcza na początku kampanii, że umundurowanie i wyposażenie piechoty i dragonii było nienaganne. W relacjach źródłowych mamy wiele przekazów, jak przykładowo ten z IX.1676 r., że „regimenty tak dragońskie, jako i piesze, które weszły w obóz [nad Dniestrem], barzo są dobre i odziane”. Ilekroć czytamy takie przekazy upewniamy się, że skoro takie elementy jak dobre umundurowanie, wyposażenie, czy wysokie stany liczebne piechoty lub dragonii warte są odnotowania, to znaczy, że nie były wówczas czymś naturalnym i zwykłym. W opozycji do takich krzepiących relacji stoją inne, zazwyczaj z długich i trudnych kampanii, które wprost mówią o przymieraniu gemajnów piechoty i dragonii głodem lub żywieniu się przez nich korzonkami czy rzepą, dochodziło nawet do aktów kanibalizmu. Można tylko wyobrazić sobie jak wtedy wyglądała ich „barwa” i wyposażenie.

Obrazu dragona dopełniały jeszcze długie włosy, w przypadku zwykłych prostych gemajnów zapewne niechlujne. Wspomina o tym Jakub Łoś, który opisując komisarzy wojskowych w 1663 r. zapisał, że „czupryny długie niemal jako dragani [sic!] włosy noszą” [18]. Jeśli natomiast chodzi o warunki fizyczne dragonów to z pewnością wymogi były podobne jak w piechocie, tzn. istotne było, aby kandydat na dragona czy knechta miał wszystkie zęby z przodu „do odgryzania ładunku sposobne”. Nie mógł mieć także poważnych defektów (brak palców, garbaty itp), ostatnie słowo należało jednak do regimentowego czy kompanijnego cyrulika, który miał badać kandydatów na żołnierzy czy „żadnego defektu nie ma w sobie i z gęby mu nie czuć i jakowa franca na ciele nie siedzi” [19].

Przypisy.
[1] Zdzisław Żygulski jun., Henryk Wielecki, Polski mundur wojskowy, Kraków 1988, s. 17.
[2] Tamże, s. 17.
[3] Tamże, s. 19.
[4] Zygmunt Gloger, Encyklopedia staropolska, Warszawa 1958, t. I, s. 124-125.
[5] Statut dragonii wołyńskiej z roku 1671 przewiduje: „Forgę przy kołpaku jeno oficerowie zacną mieć mogą, gemejny kity z włosienia noszą”. Taka suta forga, podobnie jak szarfa była wyznacznikiem szarży oficerskiej; Lew Kaltenbergh, Kopczyk zacny chwały żołnierskiej w dawnej legendzie, dokumencie, porzekadle, opowieści, przekazie, gadce i pamiętniku, Warszawa 1966, s. 86.
[6] Nie ma na czym dragon bracławski wszy hodować, to sobie kołnierz sprawił” i inne, zob. L. Kaltenberg, Kopczyk zacny..., s. 74-75.
[7] Zob. ilustracje Bronisława Gembarzewskiego [w:] Żołnierz Polski. Ubiór, uzbrojenie i oporządzenie. Dragoni ukazani są na tablicach 176-178 i 240-242.
[8] Tadeusz Korzon, Dzieje wojen i wojskowości w Polsce, t. II, Kraków 1912, reprodukcja sztychu na s. 308.
[9] J. Wimmer, Historia piechoty polskiej do roku 1864, Warszawa 1978, s. 278, Z. Żygulski jun., H. Wielecki, Polski mundur wojskowy, s. 24.
[10] B. Gembarzewski, Żołnierz polski..., tab. 212.
[11] T. Korzon, Dzieje wojen..., t. III, s. 298 (rozdział napisany przez B. Gembarzewskiego).
[12] Henryk Wisner, Wojsko litewskie w pierwszej połowie XVII wieku, Studia i Materiały do Historii Wojskowości, 1973 (dalej SMHW), s. 112.
[13] Janusz Woliński, Materiały do dziejów wojny polsko-tureckiej 1672-1676, SMHW, 1970, s. 245-246.
[14] „Sukni, butów nastarczyć niepodobna”; List Sobieskiego do żony, 20.VIII.1665, [w:] Listy do Marysieńki, oprac. Leszek Kukulski, Warszawa 1970, s. 63.
[15] Zob. H. Wisner, Wojsko litewskie..., s. 107-108; Władysław Konopczyński, Reforma elekcji – czy naprawa Rzeczypospolitej (wybór źródeł 1630-1632), Kraków 1949, s. 320.
[16] Adam Kersten, Warszawa kazimierzowska 1648-1668, Warszawa 1971, s. 291.
[17] Henryk Wisner, Najjaśniejsza Rzeczpospolita. Szkice z dziejów Polski szlacheckiej XVI-XVII wieku, Warszawa 1978, s. 54.
[18] Jakub Łoś, Pamiętnik towarzysza chorągwi pancernej, oprac. R. Śreniawa-Szypiowski, Warszawa 2000, s. 115.
[19] L. Kaltenbergh, Kopczyk zacny..., s. 46.
Avatar użytkownika
Bartec
 
Posty: 339
Dołączył(a): 3 paź 2012, o 13:27
Lokalizacja: Rumia

Re: Ciekawe artykuły

Postprzez Bartec » 14 paź 2012, o 17:10

Post Semena

Drugi artykuł
Reformy Wojskowe Władysława IV
Opracował:
Prof. Krzysztof Komorowski, Dyrektor Wojskowego Biura Badań Historycznych

Ciężko doświadczona w wojnie lat 1621 ‑ 1629 szlachta polska pokładała duże nadzieje w wybranym na króla w roku 1632 Władysławie IV. Nowa wojna ze Szwecją o odzyskanie zagarniętych portów, choćby ze względów gospodarczych kraju, żyjącego z eksportu zboża, zdawała się nieunikniona. Reorganizacja armii była konieczna. Kró1, starannie wykształcony, który brał osobisty udział w wojnie z Rosją w latach 1617‑1618, w wojnie chocimskiej 1621 r. i w bitwie pod Gniewem w 1626 r. był dobrze przygotowany do roli reformatora. Znał również zagadnienia morskie jako niedoszły capitano general floty habsburskiej na Bałtyku. Wojna z Rosją lat 1632‑1634, pokazała także, że był bardzo dobrym dowódcą. Energiczny i ambitny Władysław, rozumiał sugestie hetmanów: Koniecpolskiego i Radziwiłła i predystynowany do przeprowadzienia koniecznej reorganizacji armii. Dodatkowym elementem jego pomysłów była wiedza zdobyta w trakcie europejskich podróży.
W 1625 r., w trakcie podróży po Europie, odwiedził w okresie 26 - 29 września obóz hiszpański Ambrogio Spinoli, oblegającego Bredę, gdzie obserwował sposoby szybkiego wznoszenia fortyfikacji polowych i straszne skutki systematycznie prowadzonego ognia muszkietów i artylerii. 30 września był w Antwerpii.
Po doświadczeniach z pobytu pod Bredą Władysław skupił się przede wszystkim na reformie artylerii. Najważniejszą innowacją było wprowadzenie towarzyszących piechocie dział regimentowych (pułkowych), które w wojnie ze Szwecją (1626‑1629) przyczyniły się tak decydująco do sukcesów Gustawa Adolfa. Stały się, nimi dwukrotnie cięższe od gustawowych 6‑funtowe „oktawy" lub nieco od nich lżejsze i krótsze „oktawy-bastardy". Władysław poszedł tutaj częściowo za wzorem Wallensteina, który pierwszy wprowadził do piechoty takie działa.

Właściwych oktaw, dłuższych i cięższych było w artylerii koronnej stosunkowo niewiele, inwentarz z 1649 r. wymienia ich bowiem tylko 8; natomiast dział 6‑funtowych regimentowych 40 i one to głównie stanowiły wsparcie ogniowe armii koronnej. Dalszą reformą byto wprowadzenie holenderskiego podziału wagomiarów przy odlewaniu nowych dział. Najcięższą armatą stała się kartauna strzelająca lanymi kulami żelaznymi wagi 48 funtów. Lżejsze armaty stanowiły ułamek kartauny: 24‑funtowa półkartauna, 12‑funtowa ćwierćkartauna i 6‑funtowa oktawa.

Ponieważ reforma wiązała się, z dużymi wydatkami, sejm w 1637 r. wprowadził na potrzeby artylerii drugą kwartę, zwaną „duplą", pochodzącą z nowych opłat, uiszczanych przez obejmujących królewszczyzny nowych posesorów. Na tym samym sejmie wprowadzono urząd „starszego nad armata", czyli generała artylerii, odpowiedzialnego przede wszystkim za produkcję, i utrzymanie dział oraz za administrowanie cekhauzami. Podlegał on bezpośrednio kró1owi, lecz wskutek sprzeciwu hetmanów nie udało się Władysławowi w pełni tego osiągnąć.

W roku 1634 król uporządkował w wydanych Artykułach przesławnej artylerii sprawy podległości poszczególnych stanowisk wśród puszkarzy, w dalszym ciągu stanowiących raczej złożoną z 106 osób grupę specjalistów, niż wojsko. Z braku fundusz6w szkoły artylerii nie udało się zorganizować, choć podobno przy cekhauzie lwowskim były już jej zaczątki. Wiedzę o artylerii nabywało się przeważnie praktycznie, poprzez służbę od prostego kanoniera. Aby zachęcić szlachtę do zdobywania stopni oficerskich w tej broni, stworzył Władysław instytucję adelmanów, stanowiących coś pośredniego między szeregowcem a podoficerem. Adelmanem szlachcic zostawał z samego tytułu swego pochodzenia. Zdolnych oficerów wysyłano na studia za granicę (m.in. Siemienowicz).

Wspomniana reforma artylerii wymagała rozbudowy przemysłu zbrojeniowego w Polsce. W Gdańsku rozbudowały się dawniej już istniejące ludwisarnie braci Gerta i Rudolfa Benningów oraz Ludwika Wichtendala, a od 1648 r. ‑ Krzysztofa Tyma. We Lwowie lali działa kolejno ‑ Kasper, Jan i Andrzej Frankowie, w Wilnie ‑ Jan Breutelt. W Bobrzy i Samsonowie działały dwa wielkie piece hutnicze kupców warszawskich Gianottich i Gibbonich. W należących do nich okolicznych kuźnicach odlewano kule artyleryjskie i muszkietowe oraz działa żelazne, również na miejscu wiercone. Przez pewien czas również działała huta w Pankach, należąca do Mikołaja Wolskiego, starosty krzepickiego. Odlewano w niej i wiercono działa żelazne. Oprócz tego założył Władysław IV w Warszawie ludwisarnię kró1ewską, dostarczającą dział spiżowych prowadzona przez Daniela Tyma. Poza tym w Pucku i Oliwie król uruchomił odlewnie dział żelaznych.

Rozwinęła się również produkcja broni w dobrach magnackich. Lubomirscy uruchomili odlewnię dział w Wiśniczu prowadzoną przez Eliasza Flieckera, a hetman Koniecpolski założył podobno na Ukrainie aż 18 kuźni żelaznych.

Nie udało się niestety uruchomić na większą skalę produkcji ręcznej broni palnej, a przede wszystkim w dużych ilościach muszkietów potrzebnych dla piechoty. Prawdopodobnie przyczyna tego były trudności w sporządzaniu rur. W związku z tym broń tę trzeba było sprowadzać z zagranicy, głównie z Holandii. Przeprowadzono w tym czasie gruntowne remonty cekhauzów w Krakowie, Malborku, Pucku, Barze i Kamieńcu, a oprócz tego zbudowano nowe - w Warszawie (ok. 1643) oraz Lwowie (1638‑1649).

Summariusz armaty koronnej z 1640 r. wymienia (oprócz okrętowych) 305 dział i moździerzy, w tym 113 nowoczesnych spiżowych, 73 żelazne, prawdopodobnie również nowoczesne polowe 6-funtowe i 3-funtowe oraz 94 działa starsze. W następnych latach liczba dział stale wzrastała. Działa te były rozrzucone po całej Koronie. W 1640 r. cekhauz krakowski miał ich 46, malborski 42, pucki 53, warszawski 94, lwowski 36, barski 14, kamieniecki 26, a na zamku w Kudaku było 5.

Armaty najlepsze, najnowocześniejsze gromadził cekhauz warszawski. Jak Według inwentarza z 1649 r. było w nim 95 dział. Była to jak gdyby artyleria naczelnego wodza, przeznaczona dla armii w polu. Oprócz tego działa nowoczesne były we Lwowie oraz częściowo w Barze i Kudaku, z tym że te trzy cekhauzy gromadziły przede wszystkie armaty lekkie-regimentowe, chyba z przewagą działek 3-funtowych. W Pucku natomiast przechowywano działa żelazne używane w większości na okrętach. Taka była artyleria koronna Władysława IV (o litewskiej wiemy niewiele). Mimo, że od czasów Zygmunta III poczyniono wielki krok, to przeznaczona do działań w polu artyleria Władysława była pod względem liczebności blisko o połowę mniejsza od użytej przez Szwedów pod Rygą.

Oprócz artylerii interesował się Władysławie organizacją piechoty. Będąc pod wrażeniem skutków systematycznego ognia muszkietów, szczególną uwagę poświęcił muszkieterom. W 1633 r. wprowadzono do polski na stałe niemiecki typ zbrojnej w piki i muszkiety piechoty z właściwą jej organizacją, z cudzoziemskimi dowódcami i niemiecką komendą, wypełniając jej szeregi polskimi „gemajnami" werbowanymi spośród chłopów i plebsu miejskiego przeważnie Wielkopolski i Mazowsza. Jednostką organizacyjną i taktyczną był regiment, freikompania, czasami szwadron. Kompania liczyć miała 90-120 ludzi, w praktyce bywało różnie - od 50 do 180. Regimenty były jeszcze bardziej różnorodne, liczyły od 4 do 12 kompanii. Do boju ustawiał się regiment w 6 szeregach z pikinierami (1/3 stanu) w środku i muszkieterami po bokach. Odmiennie niż w szwedzkich szwadronach przed pikinierami ustawiały się dodatkowo dwa szeregi muszkieterskie. Był to więc zmodyfikowany przez Wallensteina hiszpański „tercio". Oprócz tego szykowano się w sposób, przypominający klasyczny „tercio" z pikinierami w środku i czterema „rękawami" na rogach oraz w linie z 6 szeregów z pikinierami i muszkieterami pomieszanymi na przemian. Ogień prowadzono z kontrmarszem. Znano również prowadzenie ognia ciągłego. Polski regiment był bardziej sprawny niż szwedzki szwadron. Był on bowiem taktycznie za słaby do wykonywania samodzielnych zadań, mógł działać tylko w składzie brygady. Nowa piechota wyposażona była w broń jednolitą, pochodzącą cekhauzów królewskich. Stamtąd pobierano hełmy, zbroje pikinierskie, piki, muszkiety i amunicje.. Wprowadzono również dla tej piechoty nowy system zaciągu - całymi kompaniami i regimentami równocześnie. Taki system zaciągu nazwano później „cudzoziemskim autoramentem". Wzorem zachodu dyscyplina w regimentach była sroga. Żołnierze składali przysięgę na imię króla. Wydane przez Władysława i oparte na szwedzkim wzorze Artykuły wojsku cudzoziemskiemu spisane uporządkowały sprawy dyscypliny. Podobnie jak muszkieterzy zorganizowana była dragonia i rajtaria.. Koniecznej dla trudnych ćwiczeń w kontrmarszu szkoły piechoty nie zdołano zorganizować.

Za Władysława IV upowszechniła się, w Polsce stała fortyfikacja ziemna w stylu staroholenderskim. Otrzymały je Władysławowo i Kazimierzowo na Helu; zamknął pierścień umocnień od strony nizin ‑ Gdańsk. Na kresach wschodnich, fortyfikacjami otoczono Kudak, Brody i Słuck oraz rezydencje i klasztory na pograniczu ruskim (Rzeszów, Lańcut) i śląskim (Jasna G6ra). Wśród oficer6w artylerii wielu było zdolnych inżynierów, jak Zygmunt Przyjemski, Krzysztof Grodzicki (pobierał nauki w Holandii), Fryderyk Getkant, Jan Pleitner, Wilhelm Beauplan, Sebastian Aders. W związku z rozbudową fortyfikacji nastąpiło ożywienie w kartografii. Fryderyk Getkant sporządził mapę Zatoki Puckiej, Wilhelm Beauplan ‑ Ukrainy, a Sebastian Aders - Krymu.
Podstawowa literatura:
Górski Konstanty, Historia artylerii polskiej, Warszawa 1902;
Nowak Tadeusz, Wimmer Jan, Historia oręża polskiego 963-1795, Warsxzawa 1981;
Spieralski Zdzisław, Wimmer Jan, Polska sztuka wojenna 1563-1647, Warszawa 1961;
Wimmer Jan, Historia piechoty polskiej do roku 1864, Warszawa 1978;
Zarys dziejów wojskowości polskiej do 1864, tom I do roku 1648, Warszawa 1965.
Avatar użytkownika
Bartec
 
Posty: 339
Dołączył(a): 3 paź 2012, o 13:27
Lokalizacja: Rumia

Re: Ciekawe artykuły

Postprzez Bartec » 14 paź 2012, o 17:11

Post Semena

Trzeci artykuł

„...bez długiej strzelby i pałaszów” Data: Nd 29 Maj, 2011
Autor: Michał ‘Kadrinazi’ Paradowski
Rajtaria w armii Rzeczypospolitej podczas wojny smoleńskiej 1632-1634

Wojna smoleńska 1632-1634 stanowi niezwykle ciekawe pole badawcze w kwestii organizacji i działań bojowych oddziałów cudzoziemskich w armiach Rzeczypospolitej Obojga Narodów (RON). Wszak, jak napisał o królu Władysławie IV sekretarz królewski Kazimierz Leon Sapieha „król bierze przed sobą Gustawową miarę wojowania, chce mieć więcej w wojsku cudzoziemskim obyczajem ćwiczonego ludu aniżeli polskiego husarza". Obok dragonii i piechoty musztrowanej na sposób niemiecki, w walkach wzięła także udział rajtaria. Mianem tym zwykło się w armii koronnej i litewskiej określać kawalerię typu zachodnioeuropejskiego, niezależnie od jej wyposażenia.
W Europie jazda dzieliła się w owym czasie na dwa podstawowe rodzaje - kirasjerów i arkebuzerów. Kirasjerzy byli jazdą ciężką, wyposażoną w zbroje okrywające trzy czwarte ciała, szyszaki, pistolety i broń białą (najczęściej pałasze); arkebuzerzy mieli lżejsze uzbrojenie ochronne (napierśnik lub napierśnik i naplecznik, a także szyszak) za to oprócz pistoletu (lub pary) i broni białej posiadali na wyposażeniu arkebuz. W poniższym tekście chciałbym się przyjrzeć liczebności i działaniom bojowym oddziałów rajtarii &nkoronnej i litewskiej w okresie 1632-1634.
Niestety nie dotarłem do żadnego źródła z epoki, które potwierdzałoby wyposażenie konkretnej chorągwi/kompanii tego typu, co mogłoby rzucić światło na prawidłowe sklasyfikowanie formacji wedle terminologii zachodnioeuropejskiej. Znajdujemy tylko ogólne, powtarzane w opracowaniach informacje - pistolety i długa broń palna, broń biała (pałasze, rapiery, szable), enigmatyczna zbroja rajtarska. Najwyraźniej jednak dla współczesnych typowe było, że rajtaria walczyła w uzbrojeniu ochronnym (chociażby w szyszakach i w napierśnikach oraz naplecznikach), wszak husarię stającą do walki bez kopii nazywano walczącą po rajtarsku.
Co do jednostek organizacyjnych rajtarii - będę naprzemiennie używał określeń kompania, kornet i chorągiew, gdyż takie spotykamy w źródłach. Był to oddziały liczące przeciętnie 120-200 koni. Oficerowie stojący na czele rajtarii wywodzili się najczęściej z Litwy, Inflant, Kurlandii i Prus, na tych terenach zapewne rekrutowano także gros jednostek. Nie dotarłem co prawda do żadnej rolli popisowej z okresu 1632-1634, jednak analizując skład chorągwi rajtarskich w armii litewskiej w okresie 1621-1635 słusznym wydaje się założenie, że i oddziały koronne miały podobną strukturę.
Każda z kompanii składała się z trzech kapralstw, w skład których wchodziła zróżnicowana liczba pocztów. Gros pocztów rajtarskich to 2 lub 3-konne, nieco większe bo 4-konne posiadali oficerowie niższego szczebla, czyli porucznik i chorąży. Największy poczet, bo aż 12-konny, należał do rotmistrza, dowodzącego oddziałem. Był on jednak zapewne w dużej mierze złożony ze ślepych porcji, z których opłacany był rotmistrz. Istnieje nawet źródłowe potwierdzenie takiej wielkości pocztów rotmistrzowskich w rajtarii koronnej w czasie wojny smoleńskiej. Jeden z punktów ustaleń koła generalnego z 20 czerwca 1633 roku dotyczył bowiem właśnie tego zagadnienia. Zaniepokojeni towarzysze spod znaków husarskich i kozackich dawali znać królowi, że „rajtarscy rotmistrze wytrącają sobie płacą na koni 12 rotmistrzowskich, co jeśli być ma, ponieważ Arintgielt biorą, odkłada to sobie KJM. do przyścia swego do wojska". Rajtarzy otrzymywać mieli taki sam żołd jak husarze czyli 41 złotych za kwartał służby.
W zgrupowaniu hetmana polnego litewskiego Krzysztofa Radziwiłła, które w lutym 1633 roku zebrało się pod Krasnem (skąd wypadami szarpało armię moskiewską oblegającą Smoleńsk) widzimy początkowo tylko jedną chorągiew rajtarii. Była to licząca 179 koni (chociaż etatowo miała mieć ich 200) kompania wojewodzica smoleńskiego Mikołaja Abramowicza (Abrahamowicza). Był to doświadczony oficer, zaufany hetmana Radziwiłła, który miał też bardzo duże doświadczenie w kwestii dowodzenia rajtarią, bowiem w toku wojny 1626-1629 przeciw Szwedom walczył w Prusach na czele silnego regimentu rajtarskiego. Jego kornet popisał się w obozie 16 lutego, acz jednostka miała poważne braki w wyposażeniu - „ci się popisowali bez długiej strzelby i pałaszów". Jak się wydaje do tego zgrupowania dołączyły stopniowo (prawdopodobnie w marcu) jeszcze inne oddziały rajtarów; były to dwie roty Henryka Szmelinga (ta druga początkowo miała być dowodzona przez Tyzenhauza). Etatowo oddziały te miały liczyć 500 koni - „p. Abramowicza koni 200, p. Szmelinga koni 200, tegoż koni 100, których zaciągnął na miejscu Tyzenhauzowym". Tak jak Abramowicz, także i Szmeling miał bogate doświadczenie w dowodzeniu rajtarią, pochodzące z okresu gdy walczył przeciw Szwedom w Inflantach i Prusach (w bitwie pod Gniewem w 1626 roku, gdzie został ranny). Nie jestem niestety w stanie ustalić, jaka była rzeczywista liczebność oddziałów rajtarskich w tej fazie wojny - mimo, że oficerom wypłacano żołd za 500 koni stany liczebne musiały być niższe od zakładanych.
Mikołaj Abramowicz dowodził pod komendą hetmana Radziwiłła pułkiem jazdy, w skład którego wchodziły dwa kornety rajtarii - samego pułkownika i Szmelinga (być może więc oficer ten jednak nie był w stanie wystawić dwóch zakładanych kompanii). Rajtarzy wojewodzica smoleńskiego wzięli udział 3 marca 1633 roku w ataku na pozycje moskiewskie Prozorowskiego, tworząc dywersję która miała umożliwić przedostanie się posiłków do Smoleńska. Walczyli także, w ramach podjazdu porucznika Dawidowicza (wraz z kozakami i dragonią), w starciu które przyniosło rozbicie moskiewskiej czaty z regimentu Nagiego. W czerwcu 1633 roku widzimy obydwu rajtarskich pułkowników - Abramowicza i Szmelinga - na czele swoich oddziałów atakujących czaty moskiewskie pod samym obozem Szeina.
W ramach organizacji armii odsieczowej w 1633 roku zakładano zaciągnięcie 13 kornetów (kompanii) rajtarii liczących łącznie 1700 koni, włącznie z tymi, które od zimy 1633 roku działały pod komendą Krzysztofa Radziwiłła.
Były to (podaję wszystkie znane mi wersje nazwisk oficerów):
- kompania przyboczna króla Władysława IV pod porucznikiem Janem Sejem-Manteuffelem (Sey-Manteuffel) - 120 koni (jednakże popis z obozu w Bajowie z 28 sierpnia 1633 roku wymienia „200 rajtarów Jego Królewskiej Mości")
- kompania Mikołaja Abramowicza (Abrahamowicza) - 200 koni
- dwie kompanie Henryka Szmelinga - 200 i 100 koni
- kompania Gadena (Gadina) - 120 koni
- kompania Andrzeja Sierakowskiego - 120 koni
- 3 kompanie Reinholda (czyżby chodziło o Reinholda von Rosena?) - 120 koni każda
- 2 kompanie Wilhelma Olazura (Olszara, Olszusa, Holtzara, Holczura, oddziały te występują także jako pp. Holtzurów) - 120 koni każda
- kompania Ewalda (Edwarda) Sackena (Sakina, Sakena) - 120 koni
- kompania Wilhelma Tyzenhauza (Tysenhausa) - 120 koni
Sacken, Tyzenhauz i Olazur to doświadczeni oficerowie rajtarii, walczący w okresie 1621-22 i 1625-1629 przeciwko Szwedom w Inflantach. Zapewne więc część kadry i żołnierzy w tworzonych jednostkach walczyła poprzednio w Inflantach lub Prusach w wojnie ze Szwecją. Zaciągi i organizacja oddziałów rajtarskich napotkały jednak spore trudności, zapewne tak w kwestii materiału ludzkiego jak i wyposażenia. Jeszcze w połowie 1633 roku na polecenie Władysława IV zakupiono w Niderlandach 10 000 pistoletów dla kawalerii i 500 pancerzy (acz nie mam pewności, czy nie chodzi tu o półzbroje pikinierskie dla piechoty), zapewne cześć z tego ekwipunku trafić mogła do tworzonych jednostek rajtarii. Nie jestem niestety w stanie ustalić, czy wszystkie planowane jednostki weszły do służby. Niektóre kornety dotarły pod Smoleńsk dopiero we wrześniu i październiku 1633 roku - 14 września w obozie popisała się kompania Wilhelma Tyzenhauza a 1 października do armii dołączyły dwie roty rajtarskie dowodzone przez Wilhelma Olszara. Jeszcze pod koniec września brakowało w obozie „rajtarów kilkaset" czyli kilku spośród zaplanowanych oddziałów.
Kornet porucznika Seja towarzyszył monarsze w drodze do armii pod Smoleńskiem, eskortując tak samego Władysława IV jak i jego dwór. Relacje podają nam co prawda liczbę dwóch kompanii rajtarskich, być może jednak silna (bo złożona z 200 koni) rota królewska była podzielona na dwa mniejsze oddziały lub też w pochodzie maszerowała druga, niezidentyfikowana jednostka. Co ciekawe, w czasie uroczystego wjazdu do obozu w Bajewie (Bajowie) rajtarzy królewscy maszerowali tuż za królewską chorągwią husarii, co wzbudziło zazdrość Marcina Kalinowskiego, podkomorzego podolskiego. Chciał on by żołnierze Seja ustąpili miejsca w szyku jego husarzom, ale „nie ustąpili rajtarowie", zachowując zaszczytną pozycję marszową.
7 września 1633 roku oddziały rajtarii wzięły udział w ataku na pozycje moskiewskie Mattissona, wtedy to zginął Henryk Szmeling, „pułkownik rajtarski, człowiek mężny i w rycerskim dziele dobrze czwiczony". Polsko-litewska piechota i jazda nie mogły się przedrzeć przez kobyliny (kobylice - przeszkody przeciwko kawalerii), którymi osłaniała się piechota moskiewska. Zanim udało się utorować drogę przez owe przeszkody, Szmeling „na dwie kobyliny nad samym rowem szańca nieprzyjacielskiego wpadłszy - dokończył". Jego zwłoki wpadły w ręce cudzoziemskich żołnierzy na służbie moskiewskiej, ale ci odesłali je w trumnie do obozu wojsk polsko-litewskich, prosząc w zamian, by uszanowano ich poległych i wysłano do obozu moskiewskiego.
Rajtarów widzimy także podczas szturmów mających miejsce 21 września - nie jestem jednak w stanie dokładnie zidentyfikować, które jednostki i gdzie dokładnie rzucono do walki. Kilka oddziałów, w tym kornet Tyzenhauza, walczyło na lewym skrzydle, w ramach zgrupowania hetmana Marcina Kazanowskiego, gdzie wspomniany kornet Tyzenhauza wziął udział w walce przeciw cudzoziemskiej piechocie pułkownika Alexandra Leslie. Rajtaria Abrahamowicza i poległego Szmelinga (oddana zapewne pod komendę wojewodzicowi smoleńskiemu) z kolei wchodziła w skład grupy hetmana Radziwiłła i wraz z husarią „niespodziewanie z zasadzki" zaatakowała próbujących kontratakować przeciwników. Szarża jazdy Radziwiłła odniosła duży sukces, bo „uciekających do Dniepru gonili, gdzie Moskwa brodu nie patrząc, w Dniepr wpadali i bardzo wiele ich tonęło".
Rajtaria walczyła także w kolejnych dniach. 28 września dwa kornety Abrahamowicza (w tym „nieboszczyka p. Schmelinga"), wraz z chorągwiami husarskimi Mirskiego i Pawła Sapiehy, odparły atak moskiewskiego regimentu rajtarii d'Eberta (Huberta). 19 października 1633 roku wśród oddziałów walczących z atakującymi wojskami moskiewskimi w Bohdanowej Okolicy widzimy roty Seja i Sierakowskiego. Rajtarzy królewscy na rozkaz hetmana Radziwiłła poprowadzili kontratak przeciw jeździe moskiewskiej. Porucznik Sej, tytułowany zresztą przez hetmana oberszterem i „przełożonym nad gwardię WKM", miał polec w walce - „na posłudze WKM. żywot dokończył" - z kolei rotmistrz Sierakowski został ranny.
12 grudnia 1633 rajtarzy JKM, dowodzeni przez Seja (prawdopodobnie Karola, który mógł przejąć dowodzenie kompanią po śmierci Jana), biorą udział w zasadzce na oddziały moskiewskie. Atak zakończył się sukcesem, osiągniętym przy niskich stratach - zginął towarzysz z chorągwi kozackiej, a rajtarzy stracili dwa konie. Z kolei 14 grudnia 1633 roku rotę Tyzenhauza widzimy w składzie zasadzki pod wzgórzem Dziewiczym - obok kozaków, husarii i piechoty - gdzie przyszło im walczyć przeciw moskiewskiej rajtarii. Ostatniego dnia tegoż miesiąca trzy kompanie - w tym kornet Andrzeja Sierakowskiego - wchodziły w skład zgrupowania, które przygotowało kolejną zasadzkę na siły moskiewskie. Rajtarzy wspierali husarię i jazdę kozacką w kolejnych szarżach na piechotę cudzoziemską Szeina, w zaciętym starciu oddziały polsko-litewskie zostały zmuszone do wycofania. W toku walk poległ m.in. chorąży kompanii Sierakowskiego.
Kornet rajtarii Seja był jedną z jednostek, które w marcu miały eskortować Szeina pod Wiaźmę. Niezidentyfikowane jednostki rajtarii widzimy w składzie grupy wojsk maszerujących w marcu ku Dorohobużowi, pod komendą kasztelana kamienieckiego Piaseczyńskiego. Rota Tyzenhauza, wraz z trzema chorągwiami kozackimi, stanowiła z kolei w kwietniu 1634 roku eskortę komisarzy wysłanych na negocjacje z Moskalami. 26 września 1634 roku rajtarii JKM wchodzili w skład eskorty monarchy, tryumfalnie wkraczającego do Lwowa.
Widzimy więc, że rajtaria, mimo że nie miała tak wielkiego wkładu w smoleńską wiktorię jak piechota cudzoziemska czy husaria, to jednak walczyła ofiarnie i brała udział w najbardziej zaciętych walkach tego konfliktu. Warte podkreślenia jest, że na 13 zaplanowanych jednostek (nie wiem bowiem ile rzeczywiście weszło do walki) dwie straciły w toku starć swoich dowódców - Henryka Szmelinga i Jana Seja-Manteuffela. Wydaje mi się, że warto pamiętać o udziale rajtarów w tej, jakże chwalebnej dla Rzeczypospolitej, wojnie, gdyż formacja ta niestety nie cieszy się większym zainteresowaniem współczesnych badaczy i jej udział w walkach jest często marginalizowany lub pomijany.
Bibliografia
 Augustyniak Urszula, W służbie hetmana i Rzeczypospolitej. Klientela wojskowa Krzysztofa Radziwiłła (1585-1640), Warszawa 2004
 Diariusz kampanii smoleńskiej Władysława IV 1633-1634, Mirosław Nagielski (oprac.), Warszawa 2006
 Dyaryusz wojny moskiewskiej 1633 roku, Aleksander Rembowski (oprac.), Warszawa 1895
 Gembarzewski Bronisław, Żołnierz polski. Ubiór, uzbrojenie i oporządzenie od wieku XI do roku 1960, t. I - wieki XI-XVII, Warszawa 1969
 Kupisz Dariusz, Smoleńsk 1632 - 1634, Warszawa 2001
 Lipiński Wacław, Bój o Żaworonkowe wzgórze i osaczenie Szeina pod Smoleńskiem (16-30 października 1633 r.) [w:] Przegląd Historyczno-Wojskowy, tom 7 zeszyt 1, Lwów 1934
 Lipiński Wacław, Działania polsko-rosyjskie pod Smoleńskiem od października 1632 do września 1633 r. [w:] Przegląd Historyczno-Wojskowy, tom 5 zeszyt 2, Lwów 1932
 Lipiński Wacław, Kampania zimowa 1633/34 i kapitulacja Szeina [w:] Przegląd Historyczno-Wojskowy, tom 7 zeszyt 2, Lwów 1934
 Lipiński Wacław, Początek działań moskiewskich w wojnie smoleńskiej [w:] Przegląd Historyczno-Wojskowy, tom 5 zeszyt 1, Lwów 1932
 Lipiński Wacław, Stosunki polsko-rosyjskie w przededniu wojny smoleńskiej 1632-1634 i obustronne przygotowania wojskowe [w:] Przegląd Historyczno-Wojskowy, tom 4, zeszyt 2, Lwów 1931
 Nagielski Mirosław, Gwardia przyboczna Władysława IV (1632-1648) [w:] Studia i Materiały do Historii Wojskowości, tom XXVII, Warszawa 1984
 Nagielski Mirosław, Społeczny i narodowy skład gwardii królewskiej za dwóch ostatnich Wazów (1632-1668) [w:] Studia i Materiały do Historii Wojskowości, tom XXX, Warszawa
 Pamiętniki Albrychta Stanisława X. Radziwiłła, kanclerza wielkiego litewskiego, tom I, Poznań 1839
 Relacja kanclerza Zadzika o kampanii Smoleńskiej w 1633 r., Władysław Tomkiewicz (oprac.) [w:] Przegląd Historyczno-Wojskowy, tom 7 zeszyt 1, Warszawa 1934
 Relacja wojny moskiewskiej, którą do Kr. JM. Ks. Radziwiłł wojewoda wileński, hetm. W. X. Lit. czynił w Warszawie na sejmie w lipcu 1634, w opracowaniu Wacława Lipińskiego [w:] Przegląd Historyczno-Wojskowy, Tom 7 zeszyt 1, Lwów 1934
 Wimmer Jan, Wojsko i skarb Rzeczypospolitej u schyłku XVI i w pierwszej połowie XVII wieku [w:] Studia i Materiały do Historii Wojskowości, tom XIV, Warszawa 1968
 Wisner Henryk, Rzeczpospolita Wazów, t. II, Wojsko Wielkiego Księstwa Litewskiego, dyplomacja, varia, Warszawa 2004
Avatar użytkownika
Bartec
 
Posty: 339
Dołączył(a): 3 paź 2012, o 13:27
Lokalizacja: Rumia

Re: Ciekawe artykuły

Postprzez Bartec » 14 paź 2012, o 17:12

Post Semena

Trzeci artykuł
O reformie artylerii przeprowadzonej przez Gustawa II Adolfa
Wprawdzie o Szwedach, ale np. wywnioskowałem że np. posiadanie przez nas zdobycznej szwedzkiej armaty regimentowej tzw. 3-funtówki byłoby niehistoryczne. A to dlatego że Szwedzi użyli je dopiero po 1629 r. Oczywiście nie piszę tutaj o tzw. "skórzanych 3-funtówkach". Te oczywiście były juz w użyciu.

Artyleria szwedzka za panowania Gustawa II Adolfa Data: Sob 06 Lis, 2004
Autor: Marcin Gawęda
Wstęp
Artyleria lekka – działa skórzane i regimentowe
Artyleria ciężka – kolubryny i szturmaki
Nasycenie artylerią
Podsumowanie
Przypisy

Wstęp

Trudno w krótkim artykule zawrzeć wszystkie reformy wojskowe jakie były dziełem Gustawa II Adolfa, stąd zdecydowałem się na przedstawienie konkretnych elementów tych reform. Trudno jest także jednoznacznie określić, co tak naprawdę dawało przewagę armii szwedzkiej nad innymi armiami wojny trzydziestoletniej. Ogólnie rzecz biorąc podstawowe elementy gustawowskiej reformy są znane. Do ciekawszych i być może mniej znanych aspektów tych reform należą kwestie artylerii oraz umundurowania. W niniejszym artykule chciałem zasygnalizować zagadnienie dotyczące artylerii szwedzkiej, która prawdopodobnie dawała piechocie szwedzkiej większą przewagę na polu bitwy niż się na ogół sądzi. Omówimy więc podstawowe elementy reformy artylerii, jej zadania na polu walki oraz rodzaje i ilość dział.

Jak słusznie zauważył znakomity biograf Gustawa II Adolfa Michael Roberts, panowanie tego króla to w kwestii artylerii okres ciągłych eksperymentów i ulepszeń. Gustaw II Adolf, osobiście ekspert w dziedzinie artylerii, bardzo dobrze wiedział co chce osiągnąć w tej dziedzinie. Dążył więc przede wszystkim do uproszczenia typów używanych armat i zwiększenia ich mobilności, co wiązało się głównie ze zmniejszeniem ich ciężaru [1].

Można tylko dodać, uzupełniając słowa Robertsa, że jeszcze jednym, ważnym elementem reform, było wprowadzenie armat skórzanych, a następnie regimentowych. Ich budowa i zadania wykraczały znacznie ponad ogólnie przyjęte sposoby użycia artylerii. Można śmiało rzec, że artyleria regimentowa, której prekursorami były działa skórzane zrewolucjonizowała pole walki i stała się początkiem istnienia artylerii regimentowej (czy, jak kto woli pułkowej), rozumianej jako organiczna artyleria oddziałów piechoty wzmacniająca ich siłę ognia.

Artyleria lekka – działa skórzane i regimentowe

Z końcem panowania Gustawa II Adolfa działa w armii szwedzkiej, tak jak we wszystkich innych, klasyfikowane były od wagi pocisków jakie wystrzeliwały na ciężkie: 24, -12 i 6- funtowe, oraz lekkie 3-funtowe. Długie eksperymenty wykonywane pod okiem króla doprowadziły w 1629 r. do powstania najpierw tzw. „dział skórzanych”, a następnie regimentowych, o wagomiarze 3-funtów, chociaż tak naprawdę były to najprawdopodobniej armaty wagomiaru 3- i 4-funtów. Można śmiało powiedzieć, że powstanie tego rodzaju armat – o specyficznych zadaniach bojowych – odegrało kolosalną rolę na polu walki znacznie wzmacniając siłę ognia szwedzkich regimentów, którym przydzielano na stałe działa regimentowe. Na ogół uważa się, że w 1630 r. używano już tylko trzech rodzajów armat: 24 i 12- funtowych (artyleria ciężka) oraz 3-funtowych (artyleria lekka - regimentowa) [2]. W ten sposób osiągnięto pierwszy cel reformy – ujednolicenie kalibru armat. Pomija się więc działa 6-funtowe, które przeżywają znaczną ewolucję – poprzez skrócenie lufy stają się artylerią lekką, można rzec regimentową.

Tak więc Gustaw Adolf dość szybko dokonał pierwszej części swojej reformy – ujednolicił rodzaje używanych armat do czterech głównych wagomiarów 24, 12, 6 i 3-funtowych. W późniejszym okresie 6-funtówki wyszły z użycia wyparte przez 3-funtowe regimentówki. Oczywiście nadal możliwe były wyjątki, ale już nie na taką skalę jak poprzednio. Ułatwiło to znacznie system zaopatrywania artylerii w amunicję.

Drugim celem, który chciał w dziedzinie artylerii osiągnąć szwedzki monarcha, było obniżenie wagi armat i uczynienie ich bardziej mobilnymi. Cel ten zrealizowano właśnie dzięki wprowadzeniu armat regimentowych.

3-funtowa armata regimentowa (regimentsstyche) była bardzo lekka – wymagała zaledwie jednego lub dwóch koni do ciągnięcia, co więcej na polu walki armata mogła być przemieszczana przez 2-3 żołnierzy. To mobilne działo miało zasięg skuteczny do 300 metrów, strzelało głównie kartaczami, ale potem przystosowano je także do strzelania kulami. Ponieważ stosowano gotowe ładunki wzrosła znacznie szybkostrzelność armat. Działa regimentowe dały Szwedom znaczną przewagę na polu walki, nic dziwnego, że ich produkcja miała duży priorytet. W 1630 r. Gustaw II Adolf miał ich w Niemczech już ponad 80, a liczba ta wciąż się zwiększała. Jeśli weźmiemy pod uwagę mobilność tych dział, które mogły towarzyszyć na polu walki własnej piechocie, to zrozumiemy jaką przewagę uzyskano nad innymi armiami, które używały gównie ciężkiej artylerii wyłącznie na stałych pozycjach. Co więcej, duże było także w armii szwedzkiej nasycenie artylerią – w 1630 r. na tysiąc żołnierzy przypadało ok. 9,4 dział. Znaczne zasoby żelaza i miedzi spowodowały, że Szwedzi byli samowystarczalni w produkcji artylerii [3].

Aby jeszcze lepiej zrozumieć jaką przewagę na polu walki dawały armaty regimentowe trzeba powiedzieć słowo jak używano artylerii w innych armiach. Otóż w tym okresie rozróżniano już artylerię ciężką i lekką, ale właściwie na polach bitew wojny trzydziestoletniej ta druga nie występowała w większych ilościach – poza armią szwedzką oczywiście. Ciężkie działa o dużej wadze zajmowały pozycje przed bitwą i pozostawały na niej do końca walki. Do transportu najcięższych dział artylerii polowej potrzebowano wiele koni i jakikolwiek manewr artylerią ciężką na polu bitwy był praktycznie niemożliwy. Wystarczy przypomnieć, że do transportu działa 30-funtowego (kaliber 16 cm) potrzeba było ok. 20 koni. Z ciężkich dział tworzono więc silne baterie, które niejednokrotnie padały łupem atakującego, który je obracał i używał do ostrzału przeciwnika.

Zupełnie inaczej rzecz miała się z działami regimentowymi, które towarzyszyły piechocie nie tylko w obronie, ale także w ataku. Dodajmy jeszcze że głębokie tercje wojsk cesarskich musiały być znakomitym celem dla artylerzystów szwedzkich.

Trzeba przy okazji powiedzieć, że armaty regimentowe wywodziły się z powszechnie znanych, chociaż nieudanych, „armat skórzanych”. Twórcą armat skórzanych był Melkior (Melchior) Wurmbrandt. Nie były one jednak udanymi armatami i używano ich wyłącznie w latach 1627-1629. Późniejsze armaty regimentowe nie były wcale cięższe od „armat skórzanych” [4].

Wszystko to, co napisałem powyżej, wywodzi się głównie z opracowań Robertsa, na którym to autorze opierało się później wielu historyków. Jak się okazuje nie wszystko jest tu jednak zgodne z prawdą, a wiele ciekawych informacji w tej kwestii przynosi opracowanie Richarda Brzezinskiego w znanej powszechnie serii Men-at-arms wydawnictwa Osprey.

Otóż Brzezinski wywodzi działa skórzane nie ze Szwecji, ale ze... Szwajcarii. Sam autor zdaje sobie sprawę jak kontrowersyjne jest to stwierdzenie, gdyż nie tylko późniejsi historycy łączyli działa skórzane z Gustawem II Adolfem, ale już współcześni. Jeden z żołnierzy katolickich podczas oblężenia w 1631 r. widząc brak dział skórzanych w armii szwedzkiej pyta: „zjedliście wszystkie działa skórzane z głodu?”. Tak więc ten typ dział zawsze kojarzony był z armią gustawowską.

Prawdą jest – zdaniem Brzezinskiego – że matematyk Philip Eberhard otrzymał licencję na wzór działa skórzanego w Zürychu w 1622 roku i testował rok później pierwszy jego model. Dopiero Melkior Wurmprandt, austriacki baron, zabrał sekret Eberharda do Szwecji. 15 lipca 1625 r. Wurmprandt testował pierwsze działo skórzane w Sztokholmie. We wprowadzeniu do swojego dzieła Kriegsbüchlein, inny mieszkaniec Zürichu – Lavater - udowadniał, że działa skórzane nie wywodzą się ze Szwecji, ale ze Szwajcarii. Co więcej, nad typem działa skórzanego pracowali także dwaj inni ludzie – Niemiec Ludwig Ripp oraz Szkot Robert Scott. Działo się to w 1628 roku w Sztokholmie, ale żaden z ich prototypów nie został przyjęty do uzbrojenia, gdyż wówczas model Wurmprandta był już w masowej produkcji [5].

Na gruncie polskim o tym, że działa skórzane znane były już w Zurychu w 1623 roku pisze Janusz Sikorski, co więcej jego zdaniem znane były także w Danii za Chrystiana IV. Nie zmienia to jednak faktu, że Gustaw Adolf był pierwszym wodzem, który zastosował je szeroko w działaniach bojowych. Działa skórzane miały cienką, spiżową lufę, która owinięta była nasmołowanymi linami, a na całość naciągano tak jakby pokrowiec z twardej skóry [6].

Działa skórzane użyte zostały w Prusach w czasie wojny z Polską w latach 1626-1629. Pierwszych 14 dział skórzanych wylądowało w Prusach w październiku 1627 r. Mimo, że działa sprawdziły się w pierwszych akcjach, nowy rodzaj broni nie rokował większych sukcesów na później i ostatni ich udział to bodajże bitwa pod Trzcianą w czerwcu 1629 r., gdzie 10 tych dział padło łupem Polaków. Do Niemiec w 1630 r. Gustaw II Adolf nie wziął ani jednego działa skórzanego, zastępując je działami regimentowymi. Większość dział skórzanych pozostała w Prusach i potem powróciła do arsenału w Sztokholmie, gdzie jeszcze w 1640 r. było ich 30 sztuk [7].

Mówiąc o artylerii szwedzkiej w czasie wojny pruskiej 1626-1629 trudno pominąć wykaz źródłowy pt. „Armata, którą nieprzyjaciel zostawił na Pucku dnia 2 kwietnia roku 1627”. Wojska polskie zdobyły w odbitym Pucku:
- dział spiżanych [spiżowych [8]], które niosą po trzy funty – 6
- dział spiżanych, które niosą po dwa funty – 8
- dział żelaznych, które niosą po 6 funtów – 5 [9]
Biorąc pod uwagę, że w Pucku stały na załodze 3 skwadrony, a zdobytych dział skórzanych jest 6 wypada po dwa na skwadron, ale czy to można uznawać za regułę trudno powiedzieć. Zdaniem Teodorczyka na jednym ze współczesnych rysunków przedstawiających szyk Gustawa Adolfa pod Gniewem przed każdym skwadronem widać po dwa lekkie działa (a więc regimentowe). Teodorczyk uznaje to za normę, co więcej twierdzi, że w Niemczech Szwedzi mieli po trzy regimentówki na każdy skwadron. Z kolei Janusz Sikorski przyjmuje normę jako dwa działa regimentowe na każdy regiment piechoty szwedzkiej, a więc na dwa skwadrony [10].

Niestety nie mamy dokładniejszych danych o użytych działach. Zakładając, że 6-funtówki to armaty szwedzkie, to czy były to już krótkolufowe oktawy, które w niedługim czasie rozpowszechnią się także w innych armiach jako armaty regimentowe? Prawdopodobnie tak, gdyż długolufowe i ciężkie 6-funtówki nie nadawałyby się do współpracy z lekkimi działami skórzanymi. Brzezinski podaje, że w pierwszych akcjach w 1627 r. Wurmprandt używał nie tylko 3-funtowych dział skórzanych, ale i 6-funtowych armat. Może to świadczyć o tym, że 6-funtówki uważano już wówczas w armii szwedzkiej za działa lekkie, zdolne do działań manewrowych w polu, a więc były to już działa „odchudzone” - o krótszej lufie.

Można przy tej okazji powiedzieć, że pełna kartauna miała na ogół lufę długości 18 kalibrów, półkartauna ok. 20 kalibrów, ćwierćkartauna ok. 24 kalibry (12 funtów), a oktawa kartauny ok. 27 kalibrów. Tymczasem 6-funtowe działo regimentowe o tym samym wagomiarze co oktawa kartauny miało lufę już tylko długości ok. 15 kalibrów. Tak przynajmniej było już w latach trzydziestych XVII wieku w przypadku odlewanych dział regimentowych wagomiaru 6-funtów w Rzeczypospolitej (ludwisarz Daniel Tim).

Jerzy Teodorczyk powołując się na pracę Jakobssona twierdzi, że 6-funtowe oktawy, których Gustaw II Adolf miał wówczas w składzie armii 4, stanowiły już zwyczajną artylerię regimentową, tj. towarzyszącą piechocie. Lufy tych oktaw ważyły od 517 do 570 kg i wymagały zaprzęgu od 5 do 9 koni [11].

Stało się tak w wyniku zmniejszenia ciężaru dział poprzez skrócenie lufy. Ponieważ większą cześć dział ciężkich przekazano do fortec i na okręty, można było uzbroić armię polową w nowe, lżejsze działa spiżowe. Zmniejszenie grubości lufy bez obawy jej rozerwania było także możliwe dzięki standaryzacji i ulepszeniu jakości prochu. Poza tym lufy dział były rozwiercane w celu uzyskania większej dokładności kalibru. Zdaniem Sikorskiego produkcję lekkich, krótkolufowych dział 6-funtowych, rozpoczął ludwisarz szwedzki von Siegroth [12]. Jest to tylko częściowo prawda, gdyż jak wykazuje Brzezinski faktycznie Siegrothów było... dwóch. Ale o tym poniżej.

Jak już pisałem, z czasem artyleria szwedzka ograniczyła się do trzech głównych wagomiarów: 24- i 12-funtowych dział ciężkich oraz 3-funtowych regimentówek, które jak się wydaje wyparły wówczas całkowicie 6-funtówki.

Trudno powiedzieć kto pierwszy wynalazł pierwsze działo regimentowe, ale na ogół przypisuje się to Niemcowi von Siegroth, tak jak czyni to Sikorski cytowany powyżej. Tymczasem Brzezinski pisze, że w latach 20-stych na służbie szwedzkiej znalazło się dwóch Siegrothów: Hans Heinrich (zmarł w latach 20-tych) oraz jego syn David Friedrich (zm. w 1647). Pierwsze strzelanie spiżowej regimentówki miało miejsce w Sztokholmie 5 maja 1629 roku. Do końca roku odlano 50 takich dział, a w 1632 r. działa dla armii szwedzkiej zaczęto odlewać także w Niemczech. Co ciekawe Montecuccoli twierdzi, że do obsługi 3-funtowego działa regimentowego Szwedzi przeznaczali dwie załogi: jedna ładowała i strzelała, pełniła więc zadania obsługi artyleryjskiej, natomiast druga przemieszczała działo na polu bitwy, aby utrzymać tempo maszerującej piechoty [13].

Artyleria ciężka – kolubryny i szturmaki

Poza działami regimentowymi Gustaw Adolf nadal w dużych ilościach używał dział ciężkich, o dużych wagomiarach. Zwykł on zabierać w pole nawet 24-funtowe półkartauny. Ciężar ich lufy (łoża były drewniane i o różnym ciężarze) wynosił od 824 do 1240 kg. Do zaprzęgów potrzebnych było od 15 do 19 koni, z tym, że były dwa zaprzęgi – jeden do łoża, a drugi do lufy. Więcej było w armii szwedzkiej 12-funtowych ćwierćkartaun, których lufy ważyły ok. 560 kg. Zaprzęgano do nich od 5 do 13 koni, w zależności czy były do działa „słabe”, czy „wzmocnione” [14].
Szczególna uwaga należy się tzw. szturmakom (stormastycken), o których często się zapomina. W 1627 Gustaw Adolf miał ich 16 sztuk, nie można więc ich pomijać. Problem w tym, że są kłopoty z wyjaśnieniem nie tylko pochodzenia nazwy, ale i przeznaczenia. Przykładowo Marian Krwawicz omawiając rodzaje artylerii zdobytej w Pucku podaje tylko, że szturmak wielki i szturmak mniejszy to „rodzaj broni palnej”. Nie rozwijamy tego wątku, bo trudno powiedzieć czy faktycznie były to działa szwedzkie (szturmaki), czy też może polskie [15]. Sygnalizujemy tutaj tylko problem z nazewnictwem. Zresztą nie jest to problem nowy, wystarczy tylko przypomnieć problemy z nazewnictwem dotyczące broni palnej: arkebuza, rusznicy, muszkietu itd., które w różnych krajach wcale nie muszą oznaczać dokładnie tego samego rodzaju broni palnej.

Zdaniem Teodorczyka, znowu opierającego się na ustaleniach Jakobssona, szturmaki przeznaczone były nie do burzenia murów, co można wywodzić z nazwy, ale do odpędzania obrońców ogniem kartaczowym od uczynionych w murach wyłomów. Stąd duże wagomiary, potrzebne dla kartaczy (48 i 24-funty), a jednocześnie bardzo lekkie lufy (48-funtowej od 274 do 375 kg, a dla 24-funtowej od 207 do 217 kg), ponieważ kartacz nie potrzebował dużego ładunku prochowego. Oczywiście szturmaki mogły wspierać ogniem kartaczy także własną piechotę [16].
Nasycenie artylerią

Oczywiście, aby nawet najlepsze reformy artyleryjskie mogły się sprawdzić, armia szwedzka musiała dysponować dużą ilością artylerii na polu bitwy. W 1629 roku armia ta dysponowała już 6 kompaniami artylerii, które wówczas zostały połączone w pierwszy w dziejach Szwecji regiment artylerii. Dowódcą tego regimentu został 27 letni Lennart Torstensson, który miał wkrótce zdobyć reputację najlepszego generała artylerii w wojnie trzydziestoletniej.

Rodzaje używanych dział w czasie wojny w Prusach były jeszcze różne. Wyraźnie pokazuje to stan artylerii Gustawa II Adolfa z 1626 roku:
31 24-funtowych półkartaun
6 16-funtowych notszlang
12 12-funtowych ćwiećkartaun
4 6-funtowe oktawy
16 24 i 12-funtowych dział szturmowych
5 moździerzy oblężniczych
oraz kilka, kilkanaście (?) dział regimentowych 3-funtowych (czyli dział „skórzanych”) [17].
W sumie daje to 74 lufy oraz nieznaną dokładnie ilość dział 3-funtowych – tzw. dział skórzanych, które dopiero potem zostały zastąpione „prawdziwymi” działami regimentowymi – w stosunku do ok. 9,5 tysiąca żołnierzy.

W armii szwedzkiej nasycenie artylerią ciężką i lekką było bardzo duże i wzrastało wraz z upływem wojny. Jak podaje Razin – niejednokrotnie jednak bałamutny – rzekę Lech Gustaw Adolf forsował rzekomo pod osłoną ognia 72 ciężkich dział polowych; w bitwie pod Greiffenhagen (Gryfino) miał 80 dział na 20 tysięcy ludzi; a w bitwie pod Frankfurtem n. Odrą miał ich rzekomo aż 200 na 18 tysięcy ludzi. Bez wątpienia większość stanowiła artyleria regimentowa, ale chyba nie „działa skórzane”, które zdaniem Razina miały być jeszcze używane w Niemczech, ale „prawdziwe” 3-funtowe działa regimentowe.

Zastanówmy się jeszcze przez chwilę w jaki sposób przydzielano działa regimentowe do piechoty. Tutaj zdania historyków są podzielone, ale też i niekonsekwencja w nazewnictwie oddziałów szwedzkich – skwadrony, regimenty i brygady są używane niemal zamiennie – bardzo komplikuje sprawę. Przykładowo niektórzy historycy uważają, że po dwa działa regimentowe przypadały na każdy skwadron piechoty (a regiment polowy składał się z dwóch skwadronów).

Wydaje się jednak, że nie ma co doszukiwać się jakiś stałych rozwiązań, bo po prostu działa regimentowe przydzielano rozmaicie, tak jak wymagała tego sytuacja na polu bitwy. Trudno się dopatrywać jakiś prawidłowości w tym, że akurat dwa działa przypadały na skwadron czy też na regiment. Jak się wydaje dowodem na kombinowanie z przydziałem artylerii może być jej użycie pod Lützen, kiedy to przed czołowymi brygadami stały w bateriach działa ciężkiej artylerii, natomiast działa regimentowe ustawiono na skrzydłach, przydzielając po dwa do każdego oddziału muszkieterów odkomenderowanych (200 ludzi), rozmieszczonych pomiędzy własną kawalerią. Z kolei pod Breitenfield 42 działa regimentowe przydzielano tylko do pierwszoliniowych brygad piechoty, ale nie wszystkim skwadronom tylko skrzydłowym w każdej brygadzie (po trzy działa). Tak więc przydział dział regimentowych nie był stały i zależał od okoliczności i koncepcji bitwy.

Podsumowanie

Podsumowując, można zgodzić się z Razinem i wyróżnić kilka nowatorskich lub charakterystycznych cech artylerii szwedzkiej epoki Gustawa II Adolfa:
- ustawianie ciężkiej artylerii polowej w baterie (zwykle trzy, jedna w centrum i dwie na skrzydłach)
- towarzyszenie piechocie przez armaty regimentowe zwiększające jej siłę ognia
- tworzenie odwodu artyleryjskiego [18].
Te elementy wyróżnione przez radzieckiego historyka wojskowości można jeszcze wzbogacić o co najmniej dwa inne:
- używanie armat do wzmocnienia oddziałów rozpoznawczych
- manewr artylerią na polu walki.
Aby nie być gołosłownym podajmy po jednym chociaż przykładzie na udowodnienie powyższych tez. Otóż 29 lipca 1631 roku Gustaw Adolf osobiście poprowadził rekonesans przeciwko wojskom cesarskim Tilly’ego biorąc ze sobą 6 armat regimentowych. Z kolei przed bitwą pod Breitenfield, armia szwedzka musiała sforsować strumień Loberbach. W celu zabezpieczenia przeprawy Gustaw Adolf wysunął do wsi Podelwitz baterię artylerii (8 dział), aby pod osłoną jej ognia przeprawiły się bezpiecznie pozostałe oddziały.

Do tego dochodzi jeszcze dbałość o duże, ogólne nasycenie wojska artylerią (5-12 dział na tysiąc żołnierzy), co jeszcze bardziej podkreśla znaczenie jakie przypisywano temu rodzajowi broni w armii szwedzkiej. Dla przykładu pod Breitenfield w 1631 roku armia cesarska miała według Razina tylko 28 ciężkich dział wobec 75 dział szwedzkich różnych kalibrów (nie licząc artylerii saskiej). Natomiast Brzezinski pisze tylko o 12 ciężkich działach i 42 regimentówkach. Z kolei pod Lützen Szwedzi dysponowali 60 działami wobec 21 dział cesarskich – mogło ich być nieco więcej, ale liczba dział regimentowych nie jest Razinowi znana. Każda z czterech brygad szwedzkiej piechoty miała na przedpolu po 5 ciężkich dział polowych, natomiast 40 dział regimentowych ustawiono na skrzydłach. Przydzielono je do oddziałów muszkieterów odkomenderowanych [19].

Przypisy
[1] Michael Roberts, Gustavus Adolphus and the Rise of Sweden, The English Universities Ltd. 1973, s. 107.
[2] M. Roberts, op. cit., s. 107; Zbigniew Anusik, Gustaw II Adolf, Wrocław 1996, s. 110.
[3] M. Roberts, op. cit., s. 107-108; Z. Anusik, op. cit., s. 110.
[4] Z. Anusik, op. cit., s. 110.
[5] Richard Brzezinski, Rochard Hook, The Army of Gustavus Adolphus 2. Cavalry, Osprey Publishing Ltd. 1993, s. 17.
[6] Janusz Sikorski, Zarys historii wojskowości powszechnej do końca wieku XIX, Warszawa 1972, s. 319.
[7] R. Brzezinski, op. cit., s. 17.
[8] Lufa działa regimentowego wykonana była z brązu – stopu miedzi i cyny – zwanego dawniej spiżem.
[9] Marian Krwawicz, Walki w obronie polskiego wybrzeża w roku 1627 i bitwa pod Oliwą, Warszawa 1955, s. 58-59.
[10] Jerzy Teodorczyk, Bitwa pod Gniewem (22.IX-29.IX-1.X.1626). Pierwsza porażka husarii, Studia i Materiały do Historii Wojskowości, t. XII, 1966, s. 104; J. Sikorski, op. cit., s. 319.
[11] J. Teodorczyk, op. cit., s. 104.
[12] J. Sikorski, op. cit., s. 319.
[13] R. Brzezinski, op. cit., s. 18.
[14] J. Teodorczyk, op. cit., s. 104.
[15] W tym wypadku chcemy zwrócić uwagę na trudności w tłumaczeniach. Podobnie ma się rzecz np. z arkebuzem, który w różnych krajach znaczył różną broń palną.
[16] J. Teodorczyk, op. cit., s. 104.
[17] J. Teodorczyk, op. cit., s. 96.
[18] Evgienij Razin, Historia sztuki wojennej, cz. III, Warszawa 1964, s. 371.
[19] E. Razin, op. cit., passim; R. Brzezinski, op. cit., passim.
Avatar użytkownika
Bartec
 
Posty: 339
Dołączył(a): 3 paź 2012, o 13:27
Lokalizacja: Rumia

Re: Ciekawe artykuły

Postprzez Bartec » 14 paź 2012, o 17:13

Post Semena

Czwarty artykuł
O reformie artylerii przeprowadzonej przez Gustawa II Adolfa
Wprawdzie o Szwedach, ale np. wywnioskowałem że np. posiadanie przez nas zdobycznej szwedzkiej armaty regimentowej tzw. 3-funtówki byłoby niehistoryczne. A to dlatego że Szwedzi użyli je dopiero po 1629 r. Oczywiście nie piszę tutaj o tzw. "skórzanych 3-funtówkach". Te oczywiście były juz w użyciu.

Artyleria szwedzka za panowania Gustawa II Adolfa Data: Sob 06 Lis, 2004
Autor: Marcin Gawęda
Wstęp
Artyleria lekka – działa skórzane i regimentowe
Artyleria ciężka – kolubryny i szturmaki
Nasycenie artylerią
Podsumowanie
Przypisy

Wstęp

Trudno w krótkim artykule zawrzeć wszystkie reformy wojskowe jakie były dziełem Gustawa II Adolfa, stąd zdecydowałem się na przedstawienie konkretnych elementów tych reform. Trudno jest także jednoznacznie określić, co tak naprawdę dawało przewagę armii szwedzkiej nad innymi armiami wojny trzydziestoletniej. Ogólnie rzecz biorąc podstawowe elementy gustawowskiej reformy są znane. Do ciekawszych i być może mniej znanych aspektów tych reform należą kwestie artylerii oraz umundurowania. W niniejszym artykule chciałem zasygnalizować zagadnienie dotyczące artylerii szwedzkiej, która prawdopodobnie dawała piechocie szwedzkiej większą przewagę na polu bitwy niż się na ogół sądzi. Omówimy więc podstawowe elementy reformy artylerii, jej zadania na polu walki oraz rodzaje i ilość dział.

Jak słusznie zauważył znakomity biograf Gustawa II Adolfa Michael Roberts, panowanie tego króla to w kwestii artylerii okres ciągłych eksperymentów i ulepszeń. Gustaw II Adolf, osobiście ekspert w dziedzinie artylerii, bardzo dobrze wiedział co chce osiągnąć w tej dziedzinie. Dążył więc przede wszystkim do uproszczenia typów używanych armat i zwiększenia ich mobilności, co wiązało się głównie ze zmniejszeniem ich ciężaru [1].

Można tylko dodać, uzupełniając słowa Robertsa, że jeszcze jednym, ważnym elementem reform, było wprowadzenie armat skórzanych, a następnie regimentowych. Ich budowa i zadania wykraczały znacznie ponad ogólnie przyjęte sposoby użycia artylerii. Można śmiało rzec, że artyleria regimentowa, której prekursorami były działa skórzane zrewolucjonizowała pole walki i stała się początkiem istnienia artylerii regimentowej (czy, jak kto woli pułkowej), rozumianej jako organiczna artyleria oddziałów piechoty wzmacniająca ich siłę ognia.

Artyleria lekka – działa skórzane i regimentowe

Z końcem panowania Gustawa II Adolfa działa w armii szwedzkiej, tak jak we wszystkich innych, klasyfikowane były od wagi pocisków jakie wystrzeliwały na ciężkie: 24, -12 i 6- funtowe, oraz lekkie 3-funtowe. Długie eksperymenty wykonywane pod okiem króla doprowadziły w 1629 r. do powstania najpierw tzw. „dział skórzanych”, a następnie regimentowych, o wagomiarze 3-funtów, chociaż tak naprawdę były to najprawdopodobniej armaty wagomiaru 3- i 4-funtów. Można śmiało powiedzieć, że powstanie tego rodzaju armat – o specyficznych zadaniach bojowych – odegrało kolosalną rolę na polu walki znacznie wzmacniając siłę ognia szwedzkich regimentów, którym przydzielano na stałe działa regimentowe. Na ogół uważa się, że w 1630 r. używano już tylko trzech rodzajów armat: 24 i 12- funtowych (artyleria ciężka) oraz 3-funtowych (artyleria lekka - regimentowa) [2]. W ten sposób osiągnięto pierwszy cel reformy – ujednolicenie kalibru armat. Pomija się więc działa 6-funtowe, które przeżywają znaczną ewolucję – poprzez skrócenie lufy stają się artylerią lekką, można rzec regimentową.

Tak więc Gustaw Adolf dość szybko dokonał pierwszej części swojej reformy – ujednolicił rodzaje używanych armat do czterech głównych wagomiarów 24, 12, 6 i 3-funtowych. W późniejszym okresie 6-funtówki wyszły z użycia wyparte przez 3-funtowe regimentówki. Oczywiście nadal możliwe były wyjątki, ale już nie na taką skalę jak poprzednio. Ułatwiło to znacznie system zaopatrywania artylerii w amunicję.

Drugim celem, który chciał w dziedzinie artylerii osiągnąć szwedzki monarcha, było obniżenie wagi armat i uczynienie ich bardziej mobilnymi. Cel ten zrealizowano właśnie dzięki wprowadzeniu armat regimentowych.

3-funtowa armata regimentowa (regimentsstyche) była bardzo lekka – wymagała zaledwie jednego lub dwóch koni do ciągnięcia, co więcej na polu walki armata mogła być przemieszczana przez 2-3 żołnierzy. To mobilne działo miało zasięg skuteczny do 300 metrów, strzelało głównie kartaczami, ale potem przystosowano je także do strzelania kulami. Ponieważ stosowano gotowe ładunki wzrosła znacznie szybkostrzelność armat. Działa regimentowe dały Szwedom znaczną przewagę na polu walki, nic dziwnego, że ich produkcja miała duży priorytet. W 1630 r. Gustaw II Adolf miał ich w Niemczech już ponad 80, a liczba ta wciąż się zwiększała. Jeśli weźmiemy pod uwagę mobilność tych dział, które mogły towarzyszyć na polu walki własnej piechocie, to zrozumiemy jaką przewagę uzyskano nad innymi armiami, które używały gównie ciężkiej artylerii wyłącznie na stałych pozycjach. Co więcej, duże było także w armii szwedzkiej nasycenie artylerią – w 1630 r. na tysiąc żołnierzy przypadało ok. 9,4 dział. Znaczne zasoby żelaza i miedzi spowodowały, że Szwedzi byli samowystarczalni w produkcji artylerii [3].

Aby jeszcze lepiej zrozumieć jaką przewagę na polu walki dawały armaty regimentowe trzeba powiedzieć słowo jak używano artylerii w innych armiach. Otóż w tym okresie rozróżniano już artylerię ciężką i lekką, ale właściwie na polach bitew wojny trzydziestoletniej ta druga nie występowała w większych ilościach – poza armią szwedzką oczywiście. Ciężkie działa o dużej wadze zajmowały pozycje przed bitwą i pozostawały na niej do końca walki. Do transportu najcięższych dział artylerii polowej potrzebowano wiele koni i jakikolwiek manewr artylerią ciężką na polu bitwy był praktycznie niemożliwy. Wystarczy przypomnieć, że do transportu działa 30-funtowego (kaliber 16 cm) potrzeba było ok. 20 koni. Z ciężkich dział tworzono więc silne baterie, które niejednokrotnie padały łupem atakującego, który je obracał i używał do ostrzału przeciwnika.

Zupełnie inaczej rzecz miała się z działami regimentowymi, które towarzyszyły piechocie nie tylko w obronie, ale także w ataku. Dodajmy jeszcze że głębokie tercje wojsk cesarskich musiały być znakomitym celem dla artylerzystów szwedzkich.

Trzeba przy okazji powiedzieć, że armaty regimentowe wywodziły się z powszechnie znanych, chociaż nieudanych, „armat skórzanych”. Twórcą armat skórzanych był Melkior (Melchior) Wurmbrandt. Nie były one jednak udanymi armatami i używano ich wyłącznie w latach 1627-1629. Późniejsze armaty regimentowe nie były wcale cięższe od „armat skórzanych” [4].

Wszystko to, co napisałem powyżej, wywodzi się głównie z opracowań Robertsa, na którym to autorze opierało się później wielu historyków. Jak się okazuje nie wszystko jest tu jednak zgodne z prawdą, a wiele ciekawych informacji w tej kwestii przynosi opracowanie Richarda Brzezinskiego w znanej powszechnie serii Men-at-arms wydawnictwa Osprey.

Otóż Brzezinski wywodzi działa skórzane nie ze Szwecji, ale ze... Szwajcarii. Sam autor zdaje sobie sprawę jak kontrowersyjne jest to stwierdzenie, gdyż nie tylko późniejsi historycy łączyli działa skórzane z Gustawem II Adolfem, ale już współcześni. Jeden z żołnierzy katolickich podczas oblężenia w 1631 r. widząc brak dział skórzanych w armii szwedzkiej pyta: „zjedliście wszystkie działa skórzane z głodu?”. Tak więc ten typ dział zawsze kojarzony był z armią gustawowską.

Prawdą jest – zdaniem Brzezinskiego – że matematyk Philip Eberhard otrzymał licencję na wzór działa skórzanego w Zürychu w 1622 roku i testował rok później pierwszy jego model. Dopiero Melkior Wurmprandt, austriacki baron, zabrał sekret Eberharda do Szwecji. 15 lipca 1625 r. Wurmprandt testował pierwsze działo skórzane w Sztokholmie. We wprowadzeniu do swojego dzieła Kriegsbüchlein, inny mieszkaniec Zürichu – Lavater - udowadniał, że działa skórzane nie wywodzą się ze Szwecji, ale ze Szwajcarii. Co więcej, nad typem działa skórzanego pracowali także dwaj inni ludzie – Niemiec Ludwig Ripp oraz Szkot Robert Scott. Działo się to w 1628 roku w Sztokholmie, ale żaden z ich prototypów nie został przyjęty do uzbrojenia, gdyż wówczas model Wurmprandta był już w masowej produkcji [5].

Na gruncie polskim o tym, że działa skórzane znane były już w Zurychu w 1623 roku pisze Janusz Sikorski, co więcej jego zdaniem znane były także w Danii za Chrystiana IV. Nie zmienia to jednak faktu, że Gustaw Adolf był pierwszym wodzem, który zastosował je szeroko w działaniach bojowych. Działa skórzane miały cienką, spiżową lufę, która owinięta była nasmołowanymi linami, a na całość naciągano tak jakby pokrowiec z twardej skóry [6].

Działa skórzane użyte zostały w Prusach w czasie wojny z Polską w latach 1626-1629. Pierwszych 14 dział skórzanych wylądowało w Prusach w październiku 1627 r. Mimo, że działa sprawdziły się w pierwszych akcjach, nowy rodzaj broni nie rokował większych sukcesów na później i ostatni ich udział to bodajże bitwa pod Trzcianą w czerwcu 1629 r., gdzie 10 tych dział padło łupem Polaków. Do Niemiec w 1630 r. Gustaw II Adolf nie wziął ani jednego działa skórzanego, zastępując je działami regimentowymi. Większość dział skórzanych pozostała w Prusach i potem powróciła do arsenału w Sztokholmie, gdzie jeszcze w 1640 r. było ich 30 sztuk [7].

Mówiąc o artylerii szwedzkiej w czasie wojny pruskiej 1626-1629 trudno pominąć wykaz źródłowy pt. „Armata, którą nieprzyjaciel zostawił na Pucku dnia 2 kwietnia roku 1627”. Wojska polskie zdobyły w odbitym Pucku:
- dział spiżanych [spiżowych [8]], które niosą po trzy funty – 6
- dział spiżanych, które niosą po dwa funty – 8
- dział żelaznych, które niosą po 6 funtów – 5 [9]
Biorąc pod uwagę, że w Pucku stały na załodze 3 skwadrony, a zdobytych dział skórzanych jest 6 wypada po dwa na skwadron, ale czy to można uznawać za regułę trudno powiedzieć. Zdaniem Teodorczyka na jednym ze współczesnych rysunków przedstawiających szyk Gustawa Adolfa pod Gniewem przed każdym skwadronem widać po dwa lekkie działa (a więc regimentowe). Teodorczyk uznaje to za normę, co więcej twierdzi, że w Niemczech Szwedzi mieli po trzy regimentówki na każdy skwadron. Z kolei Janusz Sikorski przyjmuje normę jako dwa działa regimentowe na każdy regiment piechoty szwedzkiej, a więc na dwa skwadrony [10].

Niestety nie mamy dokładniejszych danych o użytych działach. Zakładając, że 6-funtówki to armaty szwedzkie, to czy były to już krótkolufowe oktawy, które w niedługim czasie rozpowszechnią się także w innych armiach jako armaty regimentowe? Prawdopodobnie tak, gdyż długolufowe i ciężkie 6-funtówki nie nadawałyby się do współpracy z lekkimi działami skórzanymi. Brzezinski podaje, że w pierwszych akcjach w 1627 r. Wurmprandt używał nie tylko 3-funtowych dział skórzanych, ale i 6-funtowych armat. Może to świadczyć o tym, że 6-funtówki uważano już wówczas w armii szwedzkiej za działa lekkie, zdolne do działań manewrowych w polu, a więc były to już działa „odchudzone” - o krótszej lufie.

Można przy tej okazji powiedzieć, że pełna kartauna miała na ogół lufę długości 18 kalibrów, półkartauna ok. 20 kalibrów, ćwierćkartauna ok. 24 kalibry (12 funtów), a oktawa kartauny ok. 27 kalibrów. Tymczasem 6-funtowe działo regimentowe o tym samym wagomiarze co oktawa kartauny miało lufę już tylko długości ok. 15 kalibrów. Tak przynajmniej było już w latach trzydziestych XVII wieku w przypadku odlewanych dział regimentowych wagomiaru 6-funtów w Rzeczypospolitej (ludwisarz Daniel Tim).

Jerzy Teodorczyk powołując się na pracę Jakobssona twierdzi, że 6-funtowe oktawy, których Gustaw II Adolf miał wówczas w składzie armii 4, stanowiły już zwyczajną artylerię regimentową, tj. towarzyszącą piechocie. Lufy tych oktaw ważyły od 517 do 570 kg i wymagały zaprzęgu od 5 do 9 koni [11].

Stało się tak w wyniku zmniejszenia ciężaru dział poprzez skrócenie lufy. Ponieważ większą cześć dział ciężkich przekazano do fortec i na okręty, można było uzbroić armię polową w nowe, lżejsze działa spiżowe. Zmniejszenie grubości lufy bez obawy jej rozerwania było także możliwe dzięki standaryzacji i ulepszeniu jakości prochu. Poza tym lufy dział były rozwiercane w celu uzyskania większej dokładności kalibru. Zdaniem Sikorskiego produkcję lekkich, krótkolufowych dział 6-funtowych, rozpoczął ludwisarz szwedzki von Siegroth [12]. Jest to tylko częściowo prawda, gdyż jak wykazuje Brzezinski faktycznie Siegrothów było... dwóch. Ale o tym poniżej.

Jak już pisałem, z czasem artyleria szwedzka ograniczyła się do trzech głównych wagomiarów: 24- i 12-funtowych dział ciężkich oraz 3-funtowych regimentówek, które jak się wydaje wyparły wówczas całkowicie 6-funtówki.

Trudno powiedzieć kto pierwszy wynalazł pierwsze działo regimentowe, ale na ogół przypisuje się to Niemcowi von Siegroth, tak jak czyni to Sikorski cytowany powyżej. Tymczasem Brzezinski pisze, że w latach 20-stych na służbie szwedzkiej znalazło się dwóch Siegrothów: Hans Heinrich (zmarł w latach 20-tych) oraz jego syn David Friedrich (zm. w 1647). Pierwsze strzelanie spiżowej regimentówki miało miejsce w Sztokholmie 5 maja 1629 roku. Do końca roku odlano 50 takich dział, a w 1632 r. działa dla armii szwedzkiej zaczęto odlewać także w Niemczech. Co ciekawe Montecuccoli twierdzi, że do obsługi 3-funtowego działa regimentowego Szwedzi przeznaczali dwie załogi: jedna ładowała i strzelała, pełniła więc zadania obsługi artyleryjskiej, natomiast druga przemieszczała działo na polu bitwy, aby utrzymać tempo maszerującej piechoty [13].

Artyleria ciężka – kolubryny i szturmaki

Poza działami regimentowymi Gustaw Adolf nadal w dużych ilościach używał dział ciężkich, o dużych wagomiarach. Zwykł on zabierać w pole nawet 24-funtowe półkartauny. Ciężar ich lufy (łoża były drewniane i o różnym ciężarze) wynosił od 824 do 1240 kg. Do zaprzęgów potrzebnych było od 15 do 19 koni, z tym, że były dwa zaprzęgi – jeden do łoża, a drugi do lufy. Więcej było w armii szwedzkiej 12-funtowych ćwierćkartaun, których lufy ważyły ok. 560 kg. Zaprzęgano do nich od 5 do 13 koni, w zależności czy były do działa „słabe”, czy „wzmocnione” [14].
Szczególna uwaga należy się tzw. szturmakom (stormastycken), o których często się zapomina. W 1627 Gustaw Adolf miał ich 16 sztuk, nie można więc ich pomijać. Problem w tym, że są kłopoty z wyjaśnieniem nie tylko pochodzenia nazwy, ale i przeznaczenia. Przykładowo Marian Krwawicz omawiając rodzaje artylerii zdobytej w Pucku podaje tylko, że szturmak wielki i szturmak mniejszy to „rodzaj broni palnej”. Nie rozwijamy tego wątku, bo trudno powiedzieć czy faktycznie były to działa szwedzkie (szturmaki), czy też może polskie [15]. Sygnalizujemy tutaj tylko problem z nazewnictwem. Zresztą nie jest to problem nowy, wystarczy tylko przypomnieć problemy z nazewnictwem dotyczące broni palnej: arkebuza, rusznicy, muszkietu itd., które w różnych krajach wcale nie muszą oznaczać dokładnie tego samego rodzaju broni palnej.

Zdaniem Teodorczyka, znowu opierającego się na ustaleniach Jakobssona, szturmaki przeznaczone były nie do burzenia murów, co można wywodzić z nazwy, ale do odpędzania obrońców ogniem kartaczowym od uczynionych w murach wyłomów. Stąd duże wagomiary, potrzebne dla kartaczy (48 i 24-funty), a jednocześnie bardzo lekkie lufy (48-funtowej od 274 do 375 kg, a dla 24-funtowej od 207 do 217 kg), ponieważ kartacz nie potrzebował dużego ładunku prochowego. Oczywiście szturmaki mogły wspierać ogniem kartaczy także własną piechotę [16].
Nasycenie artylerią

Oczywiście, aby nawet najlepsze reformy artyleryjskie mogły się sprawdzić, armia szwedzka musiała dysponować dużą ilością artylerii na polu bitwy. W 1629 roku armia ta dysponowała już 6 kompaniami artylerii, które wówczas zostały połączone w pierwszy w dziejach Szwecji regiment artylerii. Dowódcą tego regimentu został 27 letni Lennart Torstensson, który miał wkrótce zdobyć reputację najlepszego generała artylerii w wojnie trzydziestoletniej.

Rodzaje używanych dział w czasie wojny w Prusach były jeszcze różne. Wyraźnie pokazuje to stan artylerii Gustawa II Adolfa z 1626 roku:
31 24-funtowych półkartaun
6 16-funtowych notszlang
12 12-funtowych ćwiećkartaun
4 6-funtowe oktawy
16 24 i 12-funtowych dział szturmowych
5 moździerzy oblężniczych
oraz kilka, kilkanaście (?) dział regimentowych 3-funtowych (czyli dział „skórzanych”) [17].
W sumie daje to 74 lufy oraz nieznaną dokładnie ilość dział 3-funtowych – tzw. dział skórzanych, które dopiero potem zostały zastąpione „prawdziwymi” działami regimentowymi – w stosunku do ok. 9,5 tysiąca żołnierzy.

W armii szwedzkiej nasycenie artylerią ciężką i lekką było bardzo duże i wzrastało wraz z upływem wojny. Jak podaje Razin – niejednokrotnie jednak bałamutny – rzekę Lech Gustaw Adolf forsował rzekomo pod osłoną ognia 72 ciężkich dział polowych; w bitwie pod Greiffenhagen (Gryfino) miał 80 dział na 20 tysięcy ludzi; a w bitwie pod Frankfurtem n. Odrą miał ich rzekomo aż 200 na 18 tysięcy ludzi. Bez wątpienia większość stanowiła artyleria regimentowa, ale chyba nie „działa skórzane”, które zdaniem Razina miały być jeszcze używane w Niemczech, ale „prawdziwe” 3-funtowe działa regimentowe.

Zastanówmy się jeszcze przez chwilę w jaki sposób przydzielano działa regimentowe do piechoty. Tutaj zdania historyków są podzielone, ale też i niekonsekwencja w nazewnictwie oddziałów szwedzkich – skwadrony, regimenty i brygady są używane niemal zamiennie – bardzo komplikuje sprawę. Przykładowo niektórzy historycy uważają, że po dwa działa regimentowe przypadały na każdy skwadron piechoty (a regiment polowy składał się z dwóch skwadronów).

Wydaje się jednak, że nie ma co doszukiwać się jakiś stałych rozwiązań, bo po prostu działa regimentowe przydzielano rozmaicie, tak jak wymagała tego sytuacja na polu bitwy. Trudno się dopatrywać jakiś prawidłowości w tym, że akurat dwa działa przypadały na skwadron czy też na regiment. Jak się wydaje dowodem na kombinowanie z przydziałem artylerii może być jej użycie pod Lützen, kiedy to przed czołowymi brygadami stały w bateriach działa ciężkiej artylerii, natomiast działa regimentowe ustawiono na skrzydłach, przydzielając po dwa do każdego oddziału muszkieterów odkomenderowanych (200 ludzi), rozmieszczonych pomiędzy własną kawalerią. Z kolei pod Breitenfield 42 działa regimentowe przydzielano tylko do pierwszoliniowych brygad piechoty, ale nie wszystkim skwadronom tylko skrzydłowym w każdej brygadzie (po trzy działa). Tak więc przydział dział regimentowych nie był stały i zależał od okoliczności i koncepcji bitwy.

Podsumowanie

Podsumowując, można zgodzić się z Razinem i wyróżnić kilka nowatorskich lub charakterystycznych cech artylerii szwedzkiej epoki Gustawa II Adolfa:
- ustawianie ciężkiej artylerii polowej w baterie (zwykle trzy, jedna w centrum i dwie na skrzydłach)
- towarzyszenie piechocie przez armaty regimentowe zwiększające jej siłę ognia
- tworzenie odwodu artyleryjskiego [18].
Te elementy wyróżnione przez radzieckiego historyka wojskowości można jeszcze wzbogacić o co najmniej dwa inne:
- używanie armat do wzmocnienia oddziałów rozpoznawczych
- manewr artylerią na polu walki.
Aby nie być gołosłownym podajmy po jednym chociaż przykładzie na udowodnienie powyższych tez. Otóż 29 lipca 1631 roku Gustaw Adolf osobiście poprowadził rekonesans przeciwko wojskom cesarskim Tilly’ego biorąc ze sobą 6 armat regimentowych. Z kolei przed bitwą pod Breitenfield, armia szwedzka musiała sforsować strumień Loberbach. W celu zabezpieczenia przeprawy Gustaw Adolf wysunął do wsi Podelwitz baterię artylerii (8 dział), aby pod osłoną jej ognia przeprawiły się bezpiecznie pozostałe oddziały.

Do tego dochodzi jeszcze dbałość o duże, ogólne nasycenie wojska artylerią (5-12 dział na tysiąc żołnierzy), co jeszcze bardziej podkreśla znaczenie jakie przypisywano temu rodzajowi broni w armii szwedzkiej. Dla przykładu pod Breitenfield w 1631 roku armia cesarska miała według Razina tylko 28 ciężkich dział wobec 75 dział szwedzkich różnych kalibrów (nie licząc artylerii saskiej). Natomiast Brzezinski pisze tylko o 12 ciężkich działach i 42 regimentówkach. Z kolei pod Lützen Szwedzi dysponowali 60 działami wobec 21 dział cesarskich – mogło ich być nieco więcej, ale liczba dział regimentowych nie jest Razinowi znana. Każda z czterech brygad szwedzkiej piechoty miała na przedpolu po 5 ciężkich dział polowych, natomiast 40 dział regimentowych ustawiono na skrzydłach. Przydzielono je do oddziałów muszkieterów odkomenderowanych [19].

Przypisy
[1] Michael Roberts, Gustavus Adolphus and the Rise of Sweden, The English Universities Ltd. 1973, s. 107.
[2] M. Roberts, op. cit., s. 107; Zbigniew Anusik, Gustaw II Adolf, Wrocław 1996, s. 110.
[3] M. Roberts, op. cit., s. 107-108; Z. Anusik, op. cit., s. 110.
[4] Z. Anusik, op. cit., s. 110.
[5] Richard Brzezinski, Rochard Hook, The Army of Gustavus Adolphus 2. Cavalry, Osprey Publishing Ltd. 1993, s. 17.
[6] Janusz Sikorski, Zarys historii wojskowości powszechnej do końca wieku XIX, Warszawa 1972, s. 319.
[7] R. Brzezinski, op. cit., s. 17.
[8] Lufa działa regimentowego wykonana była z brązu – stopu miedzi i cyny – zwanego dawniej spiżem.
[9] Marian Krwawicz, Walki w obronie polskiego wybrzeża w roku 1627 i bitwa pod Oliwą, Warszawa 1955, s. 58-59.
[10] Jerzy Teodorczyk, Bitwa pod Gniewem (22.IX-29.IX-1.X.1626). Pierwsza porażka husarii, Studia i Materiały do Historii Wojskowości, t. XII, 1966, s. 104; J. Sikorski, op. cit., s. 319.
[11] J. Teodorczyk, op. cit., s. 104.
[12] J. Sikorski, op. cit., s. 319.
[13] R. Brzezinski, op. cit., s. 18.
[14] J. Teodorczyk, op. cit., s. 104.
[15] W tym wypadku chcemy zwrócić uwagę na trudności w tłumaczeniach. Podobnie ma się rzecz np. z arkebuzem, który w różnych krajach znaczył różną broń palną.
[16] J. Teodorczyk, op. cit., s. 104.
[17] J. Teodorczyk, op. cit., s. 96.
[18] Evgienij Razin, Historia sztuki wojennej, cz. III, Warszawa 1964, s. 371.
[19] E. Razin, op. cit., passim; R. Brzezinski, op. cit., passim.
Avatar użytkownika
Bartec
 
Posty: 339
Dołączył(a): 3 paź 2012, o 13:27
Lokalizacja: Rumia

Re: Ciekawe artykuły

Postprzez Bartec » 14 paź 2012, o 17:13

Post Semena

Piąty artykuł
Taki trochę "ku pokrzepieniu serc"
Szwedzkie sztandary zdobyte przez wojska polskie i litewskie w latach 1600-1629 Data: Wt 14 Wrz, 2010
Autor: Michał ‘Kadrinazi’ Paradowski

Od Autora
Chciałbym serdecznie podziękować za pomoc, zachętę i sugestie Danielowi Stabergowi, Mariuszowi Balcerkowi , Arturowi Świetlikowi, Radkowi Sikorze, Jarkowi Centkowi (wielkie dzięki za walkę z gotykiem!), Krzysztofowi Kmąkowi i ‘Maxgallowi'. Specjalne podziękowanie dla Rafała Szwelickiego za wytropienie i wskazanie błędów. Jeżeli ktoś poczuł się pominięty w podziękowaniach to z góry za to przepraszam...
W siedemnastowiecznych armiach sztandar był ważnym elementem każdego bez mała oddziału wojskowego. Praktycznie niezależnie od armii którą byśmy się zajmowali, znajdujemy sztandary na poziomie podstawowej jednostki organizacyjnej - kompanii (chorągwi/roty/kornetu). Pozwalały żołnierzom identyfikować się z własnym oddziałem, stanowiły centralny punkt, wokół którego można było zebrać oddział w przypadku rozproszenia w czasie walki (czy to w trakcie pościgu za nieprzyjacielem czy też ucieczki przed nim), pomagały identyfikować przynależność jednostki; czasami od barwy sztandaru pochodziła też zwyczajowa nazwa jednostki. Przykładowo w armii litewskiej w toku kampanii 1622 roku mamy do czynienia z „białą" i „niebieską" chorągwią (kompanią) rajtarii Wojciecha Korffa. Hetman Krzysztof II Radziwiłł miał z kolei „białą", „czerwoną" i „żółtą" chorągiew husarską podczas walk ze szwedzkim najazdem na Inflanty w 1625 roku. Inny klasyczny przykład to słynne szwedzkie „kolorowe"' regimenty najemne w czasie panowania Gustawa II Adolfa - „żółty", „niebieski", „czerwony" i „zielony".
Bardzo często sztandary jednostek były bogato zdobione - spotykamy łacińskie czy niemieckie sentencje, daty założenia jednostki, rysunki wszelkiego typu, często o charakterze religijnym czy odwołującym się do osoby dowódcy. Klasyczny przykład to rysunek czaszki na sztandarze najemnego regimentu jazdy Ake Totta w okresie 1630-1632, jako nawiązanie do wymowy nazwiska tego oficera które brzmiało podobnie do niemieckiego słowa ‘todt' - „śmierć".
W owym okresie przyjęło się, że jednym z głównych mierników zwycięstwa na polu bitwy była ilość zdobytych sztandarów - zwyczajem było, że składano je po bitwie u stóp zwycięskiego wodza, który często wypłacał żołnierzom specjalne nagrody za takie zdobycze [1]. Jako że utrata sztandaru przez oddział była poczytana za zniewagę czy złą wróżbę, nierzadko dochodziło do bardzo zaciętych walk w obronie chorągwi. W bitwie pod Szkłowem w 1654 roku, w jednej z litewskich chorągwi husarskich w zaciętej walce o własny sztandar, który w pół drzewka ucięto, broniąc i chcąc ratować, 7 towarzystwa poległo [2]. Często zdobyta chorągiew ulegała zniszczeniu w czasie walki i w ręce przeciwnika wpadały same drzewca.
Nie tylko w bitwie sztandary mogły zmieniać właściciela. Przy kapitulacjach twierdz często jednym z najbardziej dyskusyjnych punktów była kwestia chorągwi należących do obrońców. Jeżeli kapitulujące wojska otrzymywały prawo wymarszu z twierdzy i odejścia do własnej armii, ich dowódcy starali się zachować sztandary, na co nie zawsze zgadzali się oblegający. W 1622 roku hetman Krzysztof II Radziwiłł w jednym z punktów kapitulacji obleganej przez jego wojska Mitawy zastrzegł, że wszystkie chorągwie poddających się Szwedów muszą być wydane Litwinom. Kiedy oficerowie szwedzkiego garnizonu prosili, by pozwolono im zachować chorągwie gdyż z nich mała hetmanowi korzyść a im wielka hańba [3] hetman miał odpowiedzieć, że takie były postanowienia kapitulacji i Szwedzi muszą ich dotrzymać; Radziwiłł był także zobligowany sprezentować sztandary swemu władcy (tym chorągwie królowi panu swemu prezentować muszę) [4]. Wydaje się jednak, że w przypadku kapitulacji szwedzkiej garnizonu Pucka w 1627 roku obrońcom pozwolono zachować sztandary - hetman Koniecpolski pisał do króla Zygmunta III, że szwedzcy żołnierze sami z zwinionymi chorągwiami, z milczącymi bębnami, muszkietami pod pachę włożenemi wyszli, a w dalszej części listu nie wymienia sztandarów szwedzkich jako zdobyczy [5]. Generalnie jednak zwycięzcy starali się zazwyczaj przejąć sztandary, które wraz z inną zdobyczą (jeńcami, działami, amunicją, zaopatrzeniem, etc.) były widocznym wyznacznikiem sukcesu. Zdarzało się, że po zakończeniu kampanii specjalne deputacje złożone z najlepszych żołnierzy armii miały zaszczyt przywieźć zdobyczne chorągwie dla monarchy, mógł je także eskortować tryumfujący dowódca armii.
W niniejszym opracowaniu chciałbym się zająć kwestią szwedzkich sztandarów zdobytych przez oddziały polskie i litewskie w kampaniach 1600-1611 (Inflanty), 1621-22 (Inflanty), 1625-1629 (Inflanty) i 1626-1629 (Prusy). Niestety do naszych czasów przetrwało bardzo mało dokładniejszych opisów zdobytych sztandarów. Fakt to tym smutniejszy, że generalnie posiadamy bardzo mało informacji dotyczących sztandarów armii Gustawa II Adolfa, zwłaszcza w okresie 1621-1630. Jednakże w oparciu o dostępne materiały źródłowe możemy pokusić się o zebranie pewnych interesujących informacji i opisów. Zdaję sobie sprawę, że niniejszy tekst jest tylko zarysowaniem tematu - bez dokładniejszego zbadania polskich materiałów źródłowych, do których z przyczyn obiektywnych nie mam dostępu, takie opracowanie na pewno ma luki - wydaje mi się jednak, że kilka podanych opisów może zainteresować pasjonatów okresu czy armii szwedzkiej. Postaram się przytoczyć wszystkie znane mi sytuacje, gdy w ręce polskie czy litewskie wpadły szwedzkie sztandary, a gdzie to możliwe podam także dokładny opis owych chorągwi.
Pierwszym konfliktem którym chciałbym się zająć jest wojna inflancka toczona w latach 1600-1611. W walnych starciach oddziały szwedzkie poniosły ciężkie straty, łupem Litwinów i Polaków padło wiele sztandarów.
Bitwa pod Wenden (Kiesią, Cesis) - 7 stycznia 1601 roku. Raport sporządzony po bitwie wymienia 13 zdobytych sztandarów, wymieniając nawet oddziały które je zdobyły:
 chorągiew husarii Krzysztofa Radziwiłła Pioruna pod Wincentym Woyną - 3 sztandary
 chorągiew husarii Ostafija Tyszkiewicza - 3 sztandary
 chorągiew husarii Ludwika Wejhera (Weyhera) - 3 sztandary
 chorągiew husarii Wawrzyńca Rudomino - 1sztandar
 chorągiew kozacka Szczęsnego Niewiarowskiego -1sztandar
 poczet (husaria?) Krzysztofa Dorohostajskiego pod Łukaszem Ligowskim - 2 sztandary
8 maja 1601 roku jeden z rotmistrzów uczestniczących w bitwie, Ostafij Tyszkiewicz, sprezentował owe sztandary na sejmie w Wilnie, prosząc jednocześnie o nagrody dla żołnierzy [6]. Jest to kolejne potwierdzenie ilości zdobytych chorągwi. Co ciekawe mniejszą liczbę - 11- podaje w swojej kronice Rajnold Hejdensztejn [7], wydaje się tu być jednak mniej wiarygodnym źródłem niż bezpośredni uczestnicy bitwy. W bitwie uczestniczyło 13 szwedzkich kompanii (7 kawalerii, 5 piechoty oraz chorągiew szlachty inflanckiej) oznacza to więc, że strona szwedzka utraciła sztandary wszystkich jednostek zaangażowanych w walkę.
Bitwa pod Kokenhausen (Koknese) - 23 czerwca 1601 roku. Mimo że było to tak znaczące zwycięstwo, nie udało mi się znaleźć praktycznie żadnych informacji. Hejdensztejn [8] podaje informacje o 12 chorągwiach wielkich, które miały wpaść w ręce Litwinów, nie dotarłem jednak do żadnego z listów pisanych przez uczestników bitwy, w których podane byłyby jakiekolwiek liczby. Jak więc widać, kwestia tego starcia wymaga dalszego badania.
Potyczka pod Narwą - 16 (?) czerwca 1603 roku. W przypadku tego starcia mamy dokładną relację, pochodząca z listu Jana Karola Chodkiewicza do Zygmunta III [9]. Litewska czata wysłana pod Narwę pokonała grupę szwedzkich żołnierzy. Znagła napadłszy, ubiegli rajtarów i piechoty, tak żołdatów jako Finlandczyków, do dwóch set bili, chorągiew jedną rajtarską i dział polnych 5 wzięli. Nie udało mi się jednak ustalić, do którego kornetu rajtarii (najemnego czy krajowego) mógł należeć zdobyty sztandar. Być może Chodkiewicz opisuje tu przejęcie szwedzkiego konwoju z artylerią - szwedzki podjazd nie miałby wszak aż tylu dział.
Bitwa pod Paide (Białym Kamieniem) - 25 września 1604 roku. Zwycięstwo które miało przynieść Chodkiewiczowi buławę wielką litewską obfitowało w pokaźną zdobycz. Szwedzkie siły nie są dokładnie znane - szwedzka armia polowa miała przed bitwą 21 kornetów kawalerii i 34 kompanie piechoty, acz nie wszystkie wzięły udział w bitwie - jednak relacja Chodkiewicza [10] daje nam dokładną liczbę zdobytych chorągwi. W ręce Litwinów miało wpaść 21 sztandarów, poza nim 5 kolejnych zostało między rycerstwem rozszarpanych. Wiemy już, że zdobycie chorągwi było nagradzane, nic więc dziwnego że żołnierze w ferworze walki mogli je uszkodzić, nierzadko wydzierając z rąk swych towarzyszy.
Bitwa pod Kircholmem - 27 września 1605 roku. Najwspanialsze zwycięstwo Jana Karola Chodkiewicza nad armią szwedzką jest dobrze udokumentowane źródłowo, dzięki temu w kilku pozycjach możemy znaleźć wzmiankę o sztandarach. Hetman w liście do króla podaje liczbę 60 zdobytych chorągwi [11]. Identyczną liczbę znajdziemy w Nowinach z Inflant... [12] i kronice Pawła Piaseckiego [13]. Biorąc pod uwagę rozmiary szwedzkiej porażki, nie jest to liczba zaskakująca. Niestety wiosną 1606 roku gros ze zdobytych sztandarów uległo zniszczeniu w pożarze. Jak pisał do żony zrozpaczony Chodkiewicz najżałośniejsza mi jest pogorzenie [spalenie się - przyp. red. WZ] chorągwi zdobycznych, o czem Pan Bóg wie, moja pociecho, że z płaczem do ciebie piszę. Ledwie wyratowano trzydzieści, i to pogorzałych [14]. Jednak i z tych uratowanych tylko połowa nadawała się by je złożyć przed królem - łatają się jednak chorągwie; będzie ich z piętnaście na drążkach, a ostatek nadgorzałych położe przed Pana; a wszak wszyscy wiedzą gdzie się wzięły, i jak ich wiele było [15].
Zdobycie Parnawy i walki w okolicach Rygi - marzec 1609 roku. Nie udało mi się znaleźć konkretnych liczb, poza danymi ze współczesnego opracowania, gdzie Leszek Podhorodecki napisał o 18 sztandarach, które Litwini mieli zdobyć na wojskach Mansfelda w walkach w okolicach Rygi [16]. Jednak Adam Naruszewicz wspomniał w Żywocie J.K. Chodkiewicza... [17] o materiale źródłowym który potwierdza fakt (jeżeli nie liczbę) zdobyczy w Parnawie i pod Rygą. Jest to Dziękowanie od króla jmci panu Chodkiewiczowi hetmanowi, przy oddaniu chorągwi i więźniów na Parnawie wziętych, przez pana Szczęsnego Kryskiego podkancl. koronnego, w Wilnie 1609, 20 lipca.
Walki w okolicach Parnawy - przełom sierpnia i września 1609 roku. Kolejne walki ze zgrupowaniem Mansfelda przyniosły Litwinom nowe zdobycze w sztandarach. Chodkiewicz w liście napisanym w połowie września podaje informacje, że w ataku na litewski obóz Szwedzi ponieśli spore straty, m.in. kilku chorążych z chorągwiami legło na placu. Litwini zdobyli także szwedzki blokhauz nieopodal Starej Parnawy, gdzie chorągiew jedną wzięto [18].
Bitwa nad Gawią - 6 października 1609 roku. Szwedzki generał Mansfeld najwyraźniej nie miał szczęścia do wojowania w Inflantach. Hetman Chodkiewicz zastawił na niego pułapkę nad Gawią, wciągając Szwedów do litewskiego obozu, po czym rozbił rzucając na nich husarię. Hetman kilka dni po bitwie napisał do Lwa Sapiehy 14 chorągwi nieprzyjacielskich i 100 więźniów na szczęśliwy przyjazd JKM [Jego Królewskiej Mości - przyp. red. WZ] oczekują [19].
Dosyć dokładnie wiemy, ile szwedzkich sztandarów padło łupem wojsk litewskich w Inflantach w okresie 1621-22, a może dokładniej - ile z nich przetrwało kampanię. 6 marca 1623 roku hetman Krzysztof Radziwiłł, w otoczeniu wybranych oficerów swojej armii, sprezentował królowi Zygmuntowi III i senatowi trzynaście chorągwi szwedzkich w różnych potrzebach wziętych [20]. Poniżej udało mi się zidentyfikować dwanaście z owych sztandarów.
Bitwa pod Kropimojzą - 28 listopada 1621 roku. Największe walne starcie kampanii inflanckiej 1621 roku, gdzie zgrupowanie litewskie dowodzone przez Aleksandra Korwina Gosiewskiego rozbiło szwedzki oddział pułkownika Samuela Cockburna (Cobrona). Szwedzi ponieśli ciężkie straty, utracili także sześć lub siedem sztandarów. Niestety tylko pięć z nich dostało się w ręce Litwinów i przesłano je hetmanowi Radziwiłłowi, jeden lub dwa zostały ukradzione przez żołnierzy - chociaż Gosiewski w liście pisanym po bitwie do Radziwiłła wspomniał o chorągwiach szwedzkich że zdobyto pięć, dwie spalone [21]. Na szczęście dzięki informacjom uczestnika bitwy, towarzysza husarskiego Jana Kunowskiego [22], a także danymi szwedzkimi [23] możemy pokusić się o opis zdobytych sztandarów.
Z siedmiu szwedzkich jednostek biorących udział w walce tylko jedna, według opisu Kunowskiego, miała ocalić swój sztandar. Była to kompania dragońska Wilhelma de la Barre; co prawda opracowania szwedzkie (przede wszystkim Barkman) negują jej obecność pod Kropimojzą, ale biorąc pod uwagę niezbite dowody, jakimi są zeznania szwedzkiego jeńca wziętego do niewoli przed bitwą, a także relacje Gosiewskiego i Kunowskiego, należy się tu zgodzić z Radosławem Sikorą, który w swoim artykule o bitwie podkreślił obecność tego oddziału w zgrupowaniu szwedzkim [24].
Na początku zajmijmy się sztandarami, których przyporządkowanie do jednostek nie jest pewne. Kunowski napisał o tych chorągwiach:
Trzeci kornet czyrwony jednostajny
(...)
Czwarty żółty a czarny szachownicą jęty.
(...)
Piąty błękitny złotem wszystek malowany,
Szósty takiż z czyrwonym sercem oddawany [25]
Widzimy więc proste wzory - jednokolorowe czerwony i błękitny, szachownica, czerwone serce. Do jakich jednostek mogły należeć? W starciu wzięły udział trzy kompanie fińskiej rajtarii - Olofa Dufva, Otto Grothusena (Grothausena) i Jonsa Kurcka. Poniosły bardzo duże straty, jest więc prawdopodobne, że utraciły także swoje sztandary. Dodatkowo walczył tam oddział Bernta Taube (oficer ten jednak nie był pod Kropimozją obecny) - kompania najemna Johana Yxkulla (niemiecka) i prawdopodobnie kompania złożona ze szlachty estońskiej i inflanckiej. Jeżeli wszystkie te pięć kompanii faktycznie straciło swoje sztandary, tłumaczyłoby to stwierdzenie z listu Gosiewskiego, o zdobyciu pięciu i spaleniu dwóch sztandarów. Poniżej opiszemy jeszcze dwie chorągwie kirasjerów, które także padły łupem Litwinów. Kunowski co prawda wspomina tylko o siedmiu jednostkach wraz z dragonami de la Barre, ale z jego opisu wynika, że estońską szlachtę (Taube) traktuje jako dwie kompanie, za to nie wymienia jednej z kompanii fińskich. Jeżeli jednak de la Barre uciekł z pola bitwy ze sztandarem, a Litwini rozbili wszystkie pozostałe kompanie, to powinno w ich ręce wpaść właśnie siedem sztandarów, tak jak to wspomniał Gosiewski. Kunowski zresztą wspomina, że dwa sztandary zostały ukradzione.
Jeszcze cenniejszym łupem od chorągwi opisanych powyżej były sztandary należące do dwóch kompanii kirasjerów. Pierwszą z tych jednostek była tzw. Livfanan, czyli przyboczna jednostka króla Gustawa II Adolfa. W czasie bitwy dowodził nią Jurgen Maydel. Litwini w toku walki zdobyli jej sztandar - była to biała chorągiew, haftowana złotem [26]. Niestety, nie mamy żadnego dokładniejszego opisu, gdyż ten właśnie sztandar padł ofiarą kradzieży.
Na szczęście przetrwał (i to z dwóch źródeł) bardzo dokładny opis ostatniej zdobyczy litewskiej. Była to chorągiew przybocznej kompanii kirasjerów ks. Karola Filipa, brata monarchy, którą do boju prowadził Zacharias Pauli. Kunowski opisuje sztandar następująco:
Od brata Gustawowa tę rotę mający,
Złotem kornet haftowan mając napis ten to:
Ire iuvat grato spatiosa per equora vento (łac. Z przychylnym wiatrem przez rozległe morza miło się płynie)
Nad okrętem ze złota, a na drugą stronę:
Sub umbra alarum tuarumxiv (łac. Pod ochroną twych skrzydeł), kładą swę obronę.
Pod skrzydłami i cieniem złotem haftowanym... [27]
Nieco inny zapis znajdujemy u ks. Radziwiłła:
Haftowany okręt z tym napisem: Ire juvat fausto spaciosa per aequora vento. Na drugiej stronie, Duch Święty w osobie gołębicym haftowany, z tym napisem: Sub umbra alarum tuarum [28]
Kapitulacja Mitawy - lipiec 1622 roku. Tutaj niestety nie spotykamy się z żadnym opisem, wiemy tylko, że w ręce litewskie wpadło sześć sztandarów [29]. Możemy za to zidentyfikować do jakich jednostek należały - w skład garnizonu wchodziły po dwie kompanie z regimentów krajowych (szwedzkich) Ake Oxenstierny, Gustava Horna i Josta Clodta, dowódcą garnizonu, który próbował wyprosić u hetmana Radziwiłła zachowanie sztandarów był Anders Eriksson Hästehufvud.
Starcie w okolicach Rygi - 8 lub 9 lipca 1622 roku. W toku starcia litewskiego podjazdu rotmistrza Rozena z oddziałami szwedzkimi zdobyto jedną chorągiew. Należała do kompanii kirasjerów feldmarszałka Wrangla, dowodzonej przez Reinholda Anrepa. Hetman Radziwiłł podaje opis chorągwi jako czarnej adamaszkowej, z namalowanym białym drzewem palmowym i sentencją sub pondere cresco [30]. Ze sztandarem tym wiąże się zresztą nader interesująca historia. Wrangel, rozwścieczony stratą, wysłał list do Jerzego Krzysztofa Rozena (Rosena), wyzywając go na pojedynek o sztandar. Szwedzki feldmarszałek miał wysłać porucznika swojej kompanii wraz z 50 żołnierzami ażeby P. Rozen in pari Numero wyjechał y Chorągiew tę wyniósł a bił się z nim o nię [31]. Litewski rotmistrz zgodził się na tak dziwny pojedynek, postawił jednak warunek, że Szwedzi mają ze sobą zabrać nową chorągiew kompanii żeby tę Chorągiew wynieść Jużem się raz o nię bił chceli drugą stracić niech ią wyniesie A ia wykaie w 50 człeka [32]. Istniała więc szansa zdobycia jeszcze jednego szwedzkiego sztandaru, jednak pojedynek nie doszedł do skutku, gdyż zabronił go Rozenowi hetman Krzysztof Radziwiłł.
Już niebawem druga część artykułu...
Przypisy
1 Wallenstein miał napisać po bitwie pod Lutzen zdobyłem na przeciwniku ponad 30 sztandarów [piechoty - M.P.] i kornetów [kawalerii - M.P.], samemu tracąc nie więcej niż pięć czy sześć, patrz Richard Brzezinski, Graham Turner, Lutzen 1632, Oxford 2001, str. 86
2 H. Wisner, Wojsko litewskie w I połowie XVII wieku [w:] Studia i Materiały do Historii Wojskowości, tom XXI, Warszawa 1978, str. 74
3 Księcia Krzysztofa Radziwiłła hetmana polnego litewskiego spraw wojennych i politycznych część wtóra. Układy o pokój (1622) [w:] Księcia Krzysztofa Radziwiłła hetmana polnego Wielkiego Księstwa Litewskiego sprawy wojenne i polityczne 1621 - 1632, Paryż 1859, str. 233
4 Ibidem, str. 233-234
5 Hetman Stanisław Koniecpolski do Zygmunta III, w Pucku 3 kwietnia 1627 r. [w:] Pamiętniki o Koniecpolskich, Stanisław Przyłęcki (oprac.), Lwów 1842, str. 45
6 Informacje na temat bitwy za H. Wisner, Kircholm 1605, Warszawa 1987, str. 53-54. Profesor Wisner oparł swoją relację o materiały źródłowe - pobitewne Oddawanie chorągwi... z 7 stycznia 1601 roku oraz sejmową relację rotmistrz Tyszkiewicza z 8 maja 1601 roku
7 Rejnolda Hejdensztejna sekretarza królewskiego, Dzieje Polski od śmierci Zygmunta Augusta do roku 1594. Ksiąg XII, tom II, str. 435
8 Ibidem, str. 442
9 Ceduła do listu Jana Karola Chodkiewicza do Króla, z Derpatu d. 16 czerwca 1603 r. [w:] Korrespondencye Jana Karola Chodkiewicza, oprac. W. Chomętowski, Warszawa 1875, str. 147
10 Jan Karol Chodkiewicz do Zygmunta III, 29 września 1604 Hiperbol, BPAN Kórnik, rkps 294 str. 91
11 Jan Karol Chodkiewcz do Zygmunta III, pod Rygą d. 30 września 1605 r. [w:] Korrespondencye..., str.149
12 Nowiny z Inflant..., Biblioteka Narodowa, XVII.3.5244 adl.
13 Kronika Pawła Piaseckiego biskupa przemyślskiego. Polski przekład wedle dawnego rękopismu, poprzedzony studyjum krytyczném nad życiem i pismami autora , Kraków 1870, str. 190
14 Jan Karol Chodkiewicz do żony Zofii, z Grodna w dzień Wielkiejnocy 1606 r. [w:] Korrespondencye... , str. 36
15 Ibidem, str. 36
16 Leszek Podhorodecki, Jan Karol Chodkiewicz 1560-1621, Warszawa 1982, str. 189
17 Adam Naruszewicz, Żywot J. K. Chodkiewicza, wojewody wileńskiego, hetmana wielkiego W. Ks. Lit., t. I, Kraków 1858, str. 179
18 Jan Karol Chodkiewicz do podskarbiego litewskiego 15 września 1609 r. z obozu pod Parnawą. Archiwum Państwowe na Wawelu. Archiwum Sanguszków w Sławucie, rkps 40 [za:] Leszek Podhorodecki, op. cit., str. 410
19 Jan Karol Chodkiewcz do Lwa Sapiehy 22 września 1609 r. z Rygi, Biblioteka Czartoryskich, rkps 3237, s.111 [za:] Leszek Podhorodecki, op. cit., str. 410
20 Mowa Krzysztofa Radziwiłła którą miał na sejmie w roku 1623 dnia 6 marca, przed królem jego mością i senatem przy oddaniu trzynastu chorągwi szwedzkich w różnych potrzebach wziętych [w:] Księcia Krzysztofa Radziwiłła..., str.458-459
21 Aleksander Korwin Gosiewski do Krzysztofa Radziwiłła, Kokenhauzen 30 IX 1621 r., AGAD, Archiwum Radziwiłłów, dział V, sygn. 4560/II, s.1-4 [za:] Jan Kunowski, Ekspedycja Inflantska 1621 Roku, oprac. Wojciech Walczak i Karol Łopatecki, Białystok 2007
22 Jan Kunowski, op. cit.
23 Za Generalstaben (Szwedzki Sztab Generalny), Sveriges krig 1611-1632 (Bd II ‘Polska Kriget' i Appendix II), Stockholm 1936, a także Barkman Bertil C., Lundkvist Sven, Kungl. Svea Livgardes historia III:1, Stockholm 1936
24 Radosław Sikora, Kropimozja (Kroppenhoff) 28 XI 1621, artykuł ze strony autora http://radoslawsikora.prv.pl Jednocześnie trudno się jednak zgodzić ze stwierdzeniem R. Sikory, że liczebność jednostki de la Barre jest nieznana. Wiemy bowiem, że była to zaledwie jedna kompania, zaciągnięta z końcem października 1621 roku (jako pierwsza jednostka dragonii w armii szwedzkiej), jej stan na jesiennym popisie to właśnie 81 żołnierzy i tylu mogło maksymalnie walczyć pod Kropimojzą. Stan 390 żołnierzy z 1622 to stan z czerwca, po rozwinięciu jednostki do regimentu („stara" kompania de la Barre + trzy nowe kompanie które przypłynęły ze Szwecji)
25 Jan Kunowski, op. cit, str. 133
26 Być może z godłem Szwecji lub herbem Gustawa II Adolfa - takie wzory spotykamy na sztandarze kompanii drabantów w kampanii niemieckiej 1630-1632
27 Jan Kunowski, op. cit. Str. 131-132
28 Ks. Krzysztofa Radziwiłła..., str. 120
29 Ibidem, str. 234
30 Ibidem, str. 237
31 Diariusz wojny 1621-1622, Biblioteka PAN w Kórniku, rkp 332, k. 442
32 Ibidem

Szwedzkie sztandary zdobyte przez wojska polskie i litewskie w latach 1600-1629 cz. 2 Data: Wt 21 Wrz, 2010
Autor: Michał ‘Kadrinazi’ Paradowski
Część 2 artykułu o sztandarach szwedzkich dotyczy lat 1625-1626 (Inflanty i Prusy)

Informacje dotyczące zdobyczy z Infant w okresie 1625-1629 a także z Prus w okresie 1626-1629 są bardzo różnorodnej jakości. Oprócz zdawkowych wzmianek o samym fakcie zdobycia sztandaru lub sztandarów, mamy także niezwykle interesujący opis szwedzkich chorągwi, które wpadły w ręce Polaków po bitwie pod Hammerstein w 1627 roku. Poniżej wszystkie udokumentowane przypadki, do których udało się dotrzeć autorowi.
Potyczka pod Prolmozją - prawdopodobnie 17 października 1625 roku. Litewski podjazd złożony z jazdy kozackiej zaskoczył oddział szwedzki kapitana Adama de la Chapelle (Adama Rykarda de Lassapelle, jak nazwali go w owym czasie Litwini). Szwedzi ponieśli duże straty, łupem Litwinów padły także dwa sztandary [1]. Ponieważ de la Chapelle osobiście dowodził kompanią dragońską, a jego oddział składał się najprawdopodobniej z dwóch kompanii dragonii (być może z regimentu de la Barre) możemy więc założyć, że utracono właśnie dragońskie kornety. Niestety, brak ich opisu.
Bitwa pod Czarnem (Hammerstein) - kapitulacja szwedzka 15 kwietnia 1627 roku. Tutaj spotykamy się z najdokładniejszym spisem zdobytych chorągwi, zamieszczonym w relacji hetmana Stanisława Koniecpolskiego [2]. W ręce Polaków wpadło 13 kornetów kawalerii i 13 chorągwi piechoty. Poniżej pozwolę sobie na obszerne zaczerpnięcie z „Rosprawy..." (włącznie z jakże uroczym tłumaczeniem sentencji łacińskich i niemieckich).
Wszystkie poniższe komentarze w nawiasach kwadratowych pochodzą ode mnie, w nawiasach zwykłych tłumaczenie sentencji łacińskich i niemieckich, podane za oryginalnym tekstem „Rosprawy...".
- osiem chorągwi piechoty z kitayki [jedwabnej tkaniny] błękitney a pomarańczowey, między któremi na iedney był Krzyż żółty [mogła to być chorągiew pułkownika, zwyczajowa była ona bardziej ozdobna]
- pięć z kitayki białey y żółtey w szachownicę zgotowanych.
Jerzy Teodorczyk zasugerował [3], że ilość chorągwi oznaczała, że piechota szwedzka tworzyła jeden regiment [osiem błękitnych chorągwi] pod pułkownikiem Teuffelem i skwadron [pięć w szachownicę] pod podpułkownikiem Kötteritzem. Wydaje się to zasadne, nie można się jednak zgodzić z sugestią, że niebieskie sztandary oznaczałyby stary „Niebieski" regiment Teuffla [Blå regementet] - regiment ten bowiem od jesieni 1626 roku [kiedy to został przerzucony z Inflant] walczył jako część szwedzkiej armii polowej w Prusach. Zresztą w relacji hetmana czytamy, że Teuffel regiment swoy abo woysko na Malborku zostawił.
Lista sztandarów kompanii rajtarii [najpierw nazwisko rotmistrza, potem opis]
1. Oberster Jan Streff [de facto pułkownik Johan Streiff von Lawenstein] - rotmistrz dowodzący jego kompanią nieznany - chorągiew adamaszkowa biała, po obydwu stronach salamandra w ogniu, wyhaftowana złotą i srebrną nicią, łaciński napis me nutrit, alios extingvit (Mnie karmi, inszych gasi)
2. Oberster Teiffel [pułkownik Maximilian Teuffel] - jego kompania miała wchodzić w skład zgrupowania jako czternasta kompania jazdy, brak jednak informacji by dostała się w ręce Polaków.
3. Pułkownik Kiedryc [podpułkownik Fridrich von Kötteritz] - rotmistrz nieznany - chorągiew adamaszkowa żółta, na niej wyhaftowane złotą i czerwoną nicią jedwabne serce, z którego „wychodziły" zielone gałązki ruty. Po tej samej stronie data zaciągnięcia kompanii - 1627 - i niemiecki napis Herz ohn Giet (serce bez trucizny). Po drugiej stronie opancerzona ręka [aż po ramię], haftowana srebrem, trzymająca srebrny miecz. Kolejny niemiecki napis Trew biss in den Todt (wierny aż do śmierci).
4. Pułkownik Kallenbach [Moritz Pensen von Caldenbach, w owym czasie major lub podpułkownik] - chorągiew lazurowa adamaszkowa, po obydwu stronach wizerunek rzymskiego bohatera Markusa Curciusa, haftowany złotem i srebrem. Rzymianin siedział na koniu, także wyhaftowanym srebrną nicią, trzymał w prawej dłoni buławę. Koń skakał z zielonego pola w ogień. Łacińska sentencja Pro commodo Publico (Dla dobra pospolitego).
5. Major Jan Grodt [prawdopodobnie Johan Groot] - lazurowa adamaszkowa chorągiew, z obydwu stron Święty Jerzy (haftowany złotą nicią) na koniu (srebrną nicią haftowanym) przebijający złotą włócznią smoka (znów złota i srebrna nić). Łacińska sentencja Dum Spiro Spero (Póki tchnę spodziewam się) [4].
6. Major Jan [Johan] von Breckfeldt - chorągiew lazurowa adamaszkowa, po obu stronach haftowany srebrem jeździec z mieczem, jadący na złotym koniu na zielonym polu (tle). Data zaciągu 1626, łaciński napis Florebo prospiciente Deo, virtuti et Marte (Będę kwitnął za opatrznością boską, cnotą y dzielnością rycerską).
7. Kapitan Jan [Johan] Ludwig Ringe - znów lazurowa adamaszkowa chorągiew, na niej wyszyty złotą nicią żuraw, trzymający w „nodze" kamień. Napis łaciński Vigilemus (Czuymy w znaczeniu Czuwajmy) [5].
8. Kapitan Jan [Hans] Deckert - lazurowa atłasowa chorągiew, po obu stronach goła ręka z mieczem, ukazująca się z nieba pomiędzy srebrnymi promieniami. Niemiecki napis Gott waldts ich wags (Niech Bóg pomoże, ia się będę kusił). W górnym kącie [lewym?] litery G.A.K.J.S, w drugim górnym kącie [prawym? Lub odwrotnie, niestety nie jest to wytłumaczone w tekście] V.S.L. U dołu chorągwi litery H.D.E.F.D.M.G.D.V.H.A.
9. Kapitan Jan [Johan] Burchard von Schienberg - chorągiew adamaszkowa pomarańczowa, z obu stron haftowany srebrną nicią lew, trzymający „w nodze" [w łapie jak mniemam...] srebrny miecz. Napis Trawe Gott undt hab ein Lewen Mudt, den Gluck wird noch werden gutt (Ufay Bogu, a miey lwi umysł, twoie szczęście jeszcze będzie dobre) [6].
10. Kapitan Krysztoff [Christoph] a Klutzinck - kapitan nie wziął udziału w wyprawie, został w Niemczech by zaciągać więcej żołnierzy. Chorągiew tej kompanii była biała, na niej z obu stron Święty Jerzy (złota i czarna nitka) na złotym koniu, złotą włócznią przebijający smoka. Napis Dum spiro (Póki oddycham).
11. Kapitan N. Picht - lazurowa adamaszkowa chorągiew, na niej złoty lew (po obu stronach), otoczony złotym wieńcem, w nodze [zapewne znowu chodzi o łapę...] trzymający miecz. Napis Omnia cum Deo (Wszytko z Bogiem).
12. Kapitan Jan Krysztoff [Hans Christoph] von Borcksdorff - chorągiew adamaszkowa lazurowa, na niej z obu stron haftowany złotem Krzyż. Z jednej strony napis In hoc signo vinces (Tym znakiem zwyciężysz) a także inicjały kapitana H.C.V.B. i rok zaciągnięcia kompanii - 1626. Po drugiej stronie chorągwi sentencja Jesus salvator mundi sis protektor noster (Jezus Zbawiciel świata, niech będzie obrońcą naszym).
13. Kapitan Jakub [Jakob] von Borcksdorff - lazurowa adamaszkowa chorągiew, z sentencją Durch Gottes Hilff undt Segen wollen wir unsere Feind erlegen (Za bożą pomocą y błogosławieństwem chcemy nieprzyjacioły nasze zwyciężyć).
14. Kapitan von Ahnen [jedyny oficer w służbie szwedzkiej o takim nazwisku, jakiego udało się zidentyfikować to Marten von Ahnen. Tyle tylko, że kompania kirasjerów którą dowodził była właśnie w tym czasie przegrupowywana z Inflant do Prus. Być może to zupełnie inny oficer?] - chorągiew czerwona adamaszkowa, na niej złoty lew ozdobiony koroną, atakujący mieczem Polaka broniącego się szablą. Polski żołnierz ma w drugiej ręce buzdygan opuszczony ku ziemi [chyba że źle zrozumiałem tu tekst i to lew ma w łapie buzdygan, acz nie wydaje mi się...]. Napis Gottes der Schweden und Pommeren Freundt, undt aller Polen Feundt (Boży, szwedzki i pomorski przyjaciel, a wszystkich Polaków nieprzyjaciel). Po drugiej stronie widniał wizerunek kapitana von Ahnen na koniu, przed nim stała panna podająca mu wieniec. U góry napis Der von Ahnen bin ich genandt, nach Ehr undt Tugend streidt meine Handt (Nazwisko mam von Ahnen, o sławę i cnotę wojuje ręka moja). Pośrodku sztandaru kolejna sentencja Meinem Cornet wirdt Gott helffen, daneben nach dieser Jungfrawen mit reputation zu streben (mojej chorągwi Bóg pomoże, abym się starał z dobrą sławą o dostąpienie tej panny).
Relacja hetmańska przynosi nam jeszcze nader interesujący opis kapitulacji wojsk szwedzkich. Kompanie wymaszerowały przed armię koronną ze zwiniętymi sztandarami, po czym po kolei chorąży z każdej kompanii zbliżał się do hetmana. Jako pierwsi swe chorągwie musieli złożyć rajtarzy. Chorąży musiał zsiąść z konia, zdjąwszy kapelusz ukłonić się siedzącemu na koniu hetmanowi Koniecpolskiemu, po czym rozwinął sztandar i złożył go na ziemi. Dla wielu żołnierzy szwedzkich musiało być to wstrząsające przeżycie, gdyż niektórzy byli z tych 13 chorążych, którzy oddawaiąc chorągwie swoie pod nogi J.M.Pana Hetmana, od żalu y wstydu, oczy łzami zalewali. Po rajtarach przyszła kolej na piechurów, którzy także zdali swe chorągwie Koniecpolskiemu.
Bitwa morska pod Oliwą - 28 listopada 1627 roku [7]. W toku słynnego starcia na redzie gdańskiej (pod taką nazwą bitwa przeszła do historii Szwecji), w ręce polskich marynarzy i żołnierzy wpadło kilka sztandarów i bander. W czasie walki na pokładzie szwedzkiego galeonu Tigern porucznik polskiej piechoty morskiej Henrich Ollofsen wyrwał z rąk szwedzkiego chorążego sztandar i wraz z cenną zdobyczą powrócił na pokład Świętego Jerzego. Sztandar był biały, taftowy, z wyhaftowanym motywem wieży i napisem (niestety nieznanym, być może był to tak typowy dla armii szwedzkiej w tym okresie anagram GARS?) [8]. Zapewne była to chorągiew kompanii piechoty szwedzkiej, która walczyła na pokładzie galeonu flagowego - nie jestem jednak w stanie na dzień dzisiejszy ustalić, z którego regimentu mógł pochodzić ten oddział, z dużą pewnością można jednak założyć, że był to regiment krajowy, zapewne szwedzki. Kiedy załoga Tigerna skapitulowała, wraz z okrętem łupem zwycięzców musiała także paść cała kolekcja bander galeonu - przynajmniej trzy lub cztery sztandary narodowe i królewskie, a także długie flagi w kolorach narodowych.
Z kolei ze szwedzkiego galeonu Solen, nim okręt ten wyleciał w powietrze, udało się zdobyć banderę, którą bosman Benedykt Szelf z Wodnika zerwał z grotmasztu. Brak danych o pozostałych sztandarach (w tym o sztandarze który mogła mieć ze sobą na pokładzie szwedzka piechota), zapewne podzieliły los okrętu. Być może jakaś została wyłowiona z morza przez zwycięzców, nie znalazłem jednak na ten temat żadnych dodatkowych informacji.
Bitwa pod Treiden - 1 lutego 1628 roku. Mało znane starcie z Inflant, gdzie litewskie zgrupowanie pułkownika Wojciecha Korffa pokonało Szwedów dowodzonych przez generała Gustava Horna. Dysponujemy niezwykle interesującą relacją litewską z tego starcia [9] - według uczestnika bitwy w ręce Litwinów miały wpaść dwa sztandary - jazdy dwa kornety zbito, a z ostatkiem wzięto.
Starcie pod Ostródą - 23 października 1628 roku. Regiment najemnych arkebuzerów pułkownika Wulfa Henrika von Baudissina został zaskoczony przez polski podjazd. W toku walki niemieccy najemnicy (warto dodać - weterani z rozwiązanej armii duńskiej) ponieśli ciężkie straty, a sam pułkownik i 50 żołnierzy zostali wzięci do niewoli. Jak pisał uradowany hetman Koniecpolski Baudis [ma tu na myśli Baudissina] (...) w ręce się nasze z wielą swoich znacznych żołnierzów dostał, i jego regiment, który siła Gustawa kosztował i wiele sobie po nim obiecywał, jest zniesiony [10]. Szwedzi przyznali się do utraty trzech kornetów [11] (o czym jednak hetman w liście nie wspomina) [12], a gdy Baudissin został wymieniony na polskich jeńców i wrócił do armii szwedzkiej, otrzymał reprymendę za stosowanie „niemieckiej taktyki" (czyli karakolu) w obliczu polskiej jazdy.
Bitwa pod Trzcianem - 27 czerwca 1629 roku [13]. Hetman Koniecpolski w liście pisanym do Zygmunta III w dzień po bitwie wspomniał o zdobyciu w toku walki dziesięciu kornetów (czyli sztandarów kawalerii) [14]. W kolejnym liście, napisanym 29 czerwca (a nie 26 czerwca, jak błędnie jest to datowane), wspomniał już o dziesięciu kornetach zdobytych w walce i pięciu kolejnych, które padły łupem sił koronnych w pościgu za Szwedami [15]. Cesarski generał Arnim w liście pisanym po bitwie napisał o jedenastu sztandarach [16]. Różnica jednego sztandaru w pierwszych raportach obydwu dowódców może wynikać z tego, że pod Trzcianem udało się odbić sztandar husarskiej chorągwi hetmana Koniecpolskiego, utracony zimą w bitwie pod Górznem [17]. Został on zdobyty przez pułkownika Hansa Wrangla, który kazał go przytwierdzić do drzewca sztandaru jednej z kompanii kirasjerskiej swojego skwadronu najemnego. Pozwala to domniemywać, że w ręce zwycięskich wojsk koronnych i cesarskich wpadł sztandar tej właśnie kompanii jazdy - dodatkowo i sam pułkownik zginął pod Trzcianem, błędnie zresztą identyfikowany potem przez polskich autorów jako syn feldmarszałka [18].
Nie udało mi się jednak ustalić, które jednostki szwedzkie utraciły swoje chorągwie. Listy pobitewne nie przynoszą żadnych dodatkowych opisów. Oczywiście po analizie strat szwedzkich oddziałów można domniemywać, które oddziały mogły utracić swoje kornety - przede wszystkim najbardziej wykrwawiony regiment grafa reńskiego Otto Ludwiga czy kolejne kompanie skwadronu Hansa Wrangla - niemniej jednak wciąż nie udało mi się odnaleźć żadnego potwierdzenia w dostępnych źródłach polskich i szwedzkich. Swoją drogą sama bitwa pod Trzcianem wymaga zupełnie nowego krytycznego opracowania, gdyż w polskich opracowaniach powiela się wciąż wiele narosłych mitów i bitwa traktowana jest bardzo jednostronnie.
Na tym kończy się na dzień dzisiejszy zasób mojej skromnej wiedzy o sztandarach szwedzkich, które stały się zdobyczą naszych żołnierzy w toku walk 1600-1629. Na pewno są to niepełne dane - wciąż słabo opisane są kampanie 1609 roku w Inflantach, 1628 i 1629 w Inflantach czy kampania 1628 roku w Prusach; bez wątpienia kryją w sobie inne ciekawe historie. Bez wątpienia przydatne byłoby dotarcie do szwedzkich źródeł, zwłaszcza z kampanii w Inflantach 1625-29 - dowodzący tam Gustav Horn wielokrotnie walczył z Litwinami, po każdym starciu musiał składać dokładne raporty Gustawowi II Adolfowi. Wiele z materiałów źródłowych nigdy nie ujrzało światła dziennego, liczne archiwa europejskie (zwłaszcza polskie i szwedzkie) posiadają w swoich zbiorach dokumenty które rozszerzyłyby wiedzę w tym temacie. Mam jednak nadzieje, że niniejszy tekst zachęci Czytelników do własnych poszukiwań, może być także przydatny dla modelarzy czy wargamerów. Jeżeli tylko uda mi się uzyskać nowe dane, nie omieszkam rozszerzyć niniejszego artykułu i podzielić się nim z zainteresowanymi tematyką wojen polsko-szwedzkich w pierwszej połowie XVII wieku.
Przypisy
1 Bruliński Z, Diariusze wyprawy hetmana litewskiego Lwa Sapiehy do Inflant w 1625 r., [w:] Studia historyczno - wojskowe, t. II - (za rok 2007), red. K. Bobiatyński, P. Gawron, M. Nagielski, Zabrze 2008
2 Rosprawa Jaśnie Wielmożnego Pana J.Mści P. Stanisława z Koniecpola Koniecpolskiego, Wojewody Sendomirskiego, Hetmana Koronnego, etc. etc. z Woyskiem Xiążęcia Sudermaoskiego Gustawa pod Amerstynem w R.P. 1627, d.17 kwietnia [w:] Pamiętniki o Koniecpolskich, w opracowaniu Stanisława Przyłęckiego, Lwów 1842, str. 241-249
3 Jerzy Teodorczyk, Wyprawa szwedzka z Meklemburgii do Prus Królewskich 1627 r. [w:] Studia i Materiały do Historii Wojskowości, t. VI, z.2, Warszawa 1960, str. 137
4 Sentencję ową znam raczej w wersji póki oddycham, póty jest nadzieja.
5 Rafał Szwelicki podsunął mi wyjaśnienie zagadkowego połączenie żurawia i napisu. Jako że żuraw sypiał z jedną nogą podkuloną, już od czasów starożytnych wierzono, że w owej nodze trzyma kamień, który w przypadku zaśnięcia spadał na drugą nogę i budził żurawia. Stąd wizerunek żurawia z kamieniem używany był jako symbol czuwania, „stania na straży".
6 A raczej zaufaj Panu i miej lwią odwagę, a będziesz miał dobre szczęście
7 Informacje na temat przebiegu bitwy za: E. Kaczorowski, Oliwa 1627, Warszawa 2001, str. 44-45, 97-106.
8 Diarium Commissionis Regiae A tertia Novembris Anni MDCXXVII usque ad ultimam augusti a[nn]o 1628 Conscriptup per Joannem Heppium Secratarium Commissionis, karta 29 [za:] Wiktor Fenrych, Akta i Diariusz Królewskiej Komisji Okrętowej Zygmunta III z lat 1627-1628, Gdańsk-Gdynia 2001, str. 70.
9 Nowiny z Inflant które się działy pod Treydanem..., Teki Naruszewicza, t. 119, nr 23. Jak słusznie zauważył Radosław Sikora, dokument ten jest źle datowany w TN - zamiast 1628 mamy tam datę roczną 1627.
10 Od Pana Hetmana do Xiędza Kanclerza, datum z Ryn, dnia 24. Października 1628 [w:] Pamiętniki o Koniecpolskich, Stanisław Przyłęcki (oprac.), Lwów 1842, str. 140
11 Za niepublikowanym listem Salviusa do Oxenstierny z dnia 18 października 1628 roku (w kalendarzu juliańskim, czyli 29 października w stosowanym u nas kalendarzu gregoriańskim), na którym oparli się autorzy opisu w „Polska Kriget".
12 Za to Paweł Piasecki podaje w swej kronice liczbę 12 sztandarów, jednak trudno zawsze traktować go jako wiarygodne źródło, biorąc pod uwagę, że np. o Hammerstein napisał, że zdobyto 25 kornetów i 30 sztandarów piechoty. Patrz: Kronika Pawła Piaseckiego... op cit., str. 328 (Hammerstein) i 336 (Ostróda).
13 Kwestie błędnego nazewnictwa i datowania bitwy porusza Mariusz Balcerek w swoim artykule: Bitwa pod Trzcianem w 1629 roku. Przyczynek do kwestii daty bitwy. Chciałbym serdecznie podziękować Mariuszowi za udostępnienie artykułu przed jego (rychłą mam nadzieję) publikacją.
14 Od Pana Hetmana do Króla Jego Mości z pod Nowejwsi na pobojowisku, dnia 28 czerwca 1629 [w:] Pamiętniki o Koniecpolskich, oprac. Stanisław Przyłęcki, Lwów 1842, str. 156.
15 Relacja bitwy Trzciańskiej, posłana od J.Mci P. Hetmana (Stanisława Koniecpolskiego). Pod Nową Wsią, 26 Junii 1629 [w:] Przyczynki do działań hetmana polnego koronnego Stanisława Koniecpolskiego w Prusach Wschodnich i na Pomorzu przeciwko Gustawowi Adolfowi, oprac. Otto Laskowski, Przegląd Historyczno-Wojskowy, t. IX, z.3, 1937, str. 431.
16 Israel Hoppe, Geschichte des ersten schwedisch-polnischen Krieges in Preussen : nebst Anhang, Leipzig 1887 , str. 414.
17 Relacja bitwy Trzciańskiej, posłana od J.Mci P. Hetmana (Stanisława Koniecpolskiego). Pod Nową Wsią, 26 Junii 1629 [w:] Przyczynki do działań hetmana polnego koronnego Stanisława Koniecpolskiego w Prusach Wschodnich i na Pomorzu przeciwko Gustawowi Adolfowi, oprac. Otto Laskowski, Przegląd Historyczno-Wojskowy, t. IX, z.3, 1937, str. 431.
18 Błąd ten powtarza np. Leszek Podhorodecki, Sławni hetmani Rzeczypospolitej, Warszawa 1994, str. 362. Syn feldmarszałka Wrangla, Johan, na pewno chętnie walczyłby w armii szwedzkiej, nie było to jednak w tym okresie możliwe, gdyż w 1629 roku Johan miał dopiero 13 lat.
Avatar użytkownika
Bartec
 
Posty: 339
Dołączył(a): 3 paź 2012, o 13:27
Lokalizacja: Rumia

Re: Ciekawe artykuły

Postprzez semen » 9 sty 2013, o 09:06

http://fashion-hi-story.blogspot.com/20 ... alowe.html
ciekawa strona kobiety, która zajmuje się kostiumologią. wprawdzie głównie XVIII wiek, ale sporo ciekawych rzeczy i dla nas
semen
 
Posty: 521
Dołączył(a): 11 paź 2012, o 05:16

Re: Ciekawe artykuły

Postprzez semen » 6 mar 2013, o 11:10

semen
 
Posty: 521
Dołączył(a): 11 paź 2012, o 05:16

Re: Ciekawe artykuły

Postprzez cjasiu » 25 kwi 2013, o 15:52

Avatar użytkownika
cjasiu
 
Posty: 595
Dołączył(a): 5 paź 2012, o 20:41
Lokalizacja: Rumia

Re: Ciekawe artykuły

Postprzez semen » 18 wrz 2013, o 06:24

Zamieszczam tutaj wielce ciekawy tekst Igły

"Sarmacki savoir vivre
przygotował: Krzysztof Bona

Formy towarzyskie typowe dla obyczajowości tego okresu były bardzo zróżnicowane. W zasadzie nie można mówić o jednym, obowiązującym wszystkich savoir vivre, istniało kilka wzorów, co miało związek z istnieniem szerszego modelu obyczajowego. Występowały znaczne różnice między formami towarzyskimi obowiązującymi w środowisku szlachecko-magnackim, ludowym, żołnierskim itd. Każde z tych środowisk hołdowało swoim własnym regułom dobrego wychowania, znajomość których była wręcz konieczna dla harmonijnego współżycia, świadczyła o przynależności do danej warstwy czy kategorii zawodowej, o kulturze osobistej danej jednostki itd. Z drugiej strony wzory te wzajemnie się przenikały, istniała tendencja do pewnej unifikacji, polegająca w ogólnej zasadzie na przejmowaniu reguł obowiązujących pośród szlachty.

Dystanse i istniejące bariery znajdowały odbicie w obowiązującej tytulaturze. Każdy szlachcic nosił tytuł "urodzony", aczkolwiek w tytulaturze tej istniało zróżnicowanie, oddające podziały wynikające wewnątrz tej klasy. Lubiano jednak podkreślać więź ogólno szlachecką, to charakterystyczne ,,my", kiedy pisano: "my rycerstwo", "my Jaśnie Oświeceni, Jaśnie Wielmożni i urodzeni Ichmość Panowie Bracia". Mieszczan zwano "sławetnymi", chłopów określano jako "pracowitych".

Warstwy plebejskie starały się przejąć i używać tytuły i nazwy panujące wśród szlachty, ewentualnie wśród innych kategorii ludności stojących wyżej pod względem socjalnym. Zamożniejsi chłopi używali w aktach tytułów: "uczciwy", czasem "sławetny", nawet nieraz z dodatkiem pan. Zamożny chłop z Podhala w XVIII wieku pisał o sobie: "sławetny pan Grzegorz Tylko". Były to jednak wyjątki, w zasadzie chłopów określano urzędowo zawsze mianem "pracowitych".

Ludzi traktowano wszędzie według ich stanu; przynależność do niższych warstw narażała na rozmaite przykrości. Za jedno i to samo przekroczenie można było, zależnie od pochodzenia, zostać najwyżej napomnianym, bądź otrzymać chłostę lub być skazanym na areszt. Jędrzej Kitowicz powiada, że na redutach: "Kto hałas zrobił, natychmiast przez oficyjera i żołnierzy był wyrugowany za drzwi; tam się musiał odmaskować, jeżeli był w masce; oficyjer sądził o osobie i podług swego rozsądku z nią postępował. Jeżeli osoba, wyprowadzona za drzwi, uznana była za podłą, kazał wziąść dla wypoczynku po fatydze redutnej do kozy albo też w miejscu kijem wytrzepać plecy. Jeżeli hałaśnik był godny człowiek, oficyjer nie wchodząc w roztrząsanie uczynku tym go tylko ukarał, że go więcej na reduty nie wpuścił". Rozpierający się w pierwszym rzędzie senatorskich foteli magnat Opaliński lekceważąco wyraża się o siedzących na ławach senatorach tzw. drążkowych, że są "niby krogulce".

Urzędnicy magistraccy, członkowie kongregacji kupieckich wyraźnie z góry traktowali przedstawicieli rzemiosł, nie mówiąc już o plebsie. Wszyscy mieszczanie wynosili się z kolei ponad chłopstwo, traktując je jako "chamstwo", "wiejskie prostactwo". Dystans socjalny panujący w dziedzinie obyczajów podkreśla szczególnie mocno osławiona Liber chamorum.

W takiej sytuacji trudno było mówić o istnieniu jednolitych wzorców zachowania. Określenie "pan" w życiu towarzyskim nosiło wszakże rozmaite, nieraz bardzo zawiłe dodatki. Pośród szlachty najczęściej obowiązywał zwrot "mości panie bracie", formę tę stosowano jednakże tylko wobec osób równych sobie.
Do możniejszych od siebie zwracano się "wielmożny panie", "jaśnie wielmożny" itp. Szlachcic piszący do mieszczanina czy nawet stojącego odeń niżej szlachcica tytułował go tylko "panem", "przyjacielem". Zależną od siebie służbę, młodzież, szlachetków zwano lekceważąco "acanami", "asanami".
Pominięcie tytułu "brat" w korespondencji między osobami równymi sobie pod względem socjalnym uważano wręcz za prowokację lub dowód braku elementarnych podstaw wychowania. Znane jest oburzenie pana Paska, kiedy otrzymał list, w którym tytułowano go tylko "panem i przyjacielem". Mieszczanie i chłopi naśladowali szlachtę, dlatego też już w XVII wieku w miastach zaczęto używać tytułów "wasza miłość", "waszmość pan". Tytułomania przeniknęła także do środowiska wiejskiego, próbowali stosować je np. oficjaliści dworscy. Wiadomo, że zwano ich godnie urzędnikami, niektórzy mieli większe aspiracje. Wacław Potocki ironizował:

Co żywo do tytułów, nawet ludzie prości, Kiedy też się
mój dwornik zowie podstarości, Aż przystojną ode mnie
napomniany chłostą, Poznał żem ja w mej wiosce panem
nie starostą.

Tendencja do używania tytułów stale się pogłębiała, szczególnie pośród samej szlachty. W rozmowie czy liście należało każdego uczcić odpowiednim tytułem. Jeśli szlachcic posiadał jakiś urząd, choćby najskromniejszy, należało zawsze to podkreślać. Nawet synów dostojników tytułowało się według urzędu ojców. Mówiło się więc: "jaśnie wielmożny wojewodzie", "wielmożny staroście", "wielmożny cześnikowic" itd. Przestrzegano, by wymieniać też tytuł przynależny z powodu posiadania orderu. Brzmiało to np.: "Jaśnie Wielmożny Mci Panie Chorąży, Kawalerze Orderu św. Stanisława i Kochany Bracie". Tytułomania śmieszyła i wręcz irytowała cudzoziemców. Vautrin zgryźliwie pisał:

"Nie ma państwa w Europie, w którym istniałaby taka ilość tytułów jak w Polsce. Spotyka się dygnitarzy, ale nie widać urzędów, mrowie książąt bez księstw, generałów bez armii, pułkowników bez pułków, kapitanów bez żołnierzy. Istnieje tyle stanowisk nie związanych z żadną funkcją, za to z przymiotnikiem wielki lub tytułem generała, że na każdym kroku spotyka się jakąś wielkość albo przynajmniej generała. Osoba obdarzona jakąkolwiek godnością porzuca rodowe nazwisko, przestaje być dziecięciem swego ojca, staje się natomiast panem generałem, panem wojewodą, kasztelanem, starostą, stolnikiem, sędzią, pisarzem itd. Żona i dzieci przejmują ich tytuły, nie można więc zwracać się do nich po nazwisku, i to do drugiego, trzeciego pokolenia [...]. Zadziwiające jest, że w kraju, gdzie konstytucja gwarantuje równość, każdy usiłuje się za wszelką cenę wyróżnić. W nie mniejsze zdumienie wprawia ilość tytułów honorowych"

Zupełnie inaczej witano ludzi starszych w rodzinie, czy stojących wyżej socjalnie. Tu obowiązywała istotnie głęboka uniżoność, wręcz serwilizm. Chłopi padali dosłownie plackiem u stóp panów, ściskając ich za nogi, czasem klękali przed nimi. Dzieci całowały starszych w rękę, obejmowały za kolana. Nawet szlacheckie dzieci padały plackiem przed wojewodą czy innym dygnitarzem. Ucałowanie ręki magnackiej czy starszego krewnego uchodziło za zaszczyt, wyróżnienie. Biedniejsza szlachta obejmowała możniejszych za kolana, całowała po nogach. Vautrin wydziwiał:

"Mężczyźni równi kondycją całują się wzajemnie w ramię i traktują po bratersku, jeżeli zaś któryś z nich wyżej stoi w hierarchii społecznej, niższy stanem rzuca się do jego nóg, całuje stopy albo podejmuje pod kolana, bądź też pochyla się, zaznaczając tylko ten upokarzający gest i wypowiadając formułkę: Upadam do nóg"

Obowiązujący sposób bycia wymagał nie tylko składania ukłonów i wymawiania słów powitania, przy spotkaniu należało także prawić sobie rozmaite grzeczności, dowiedzieć się o zdrowie spotkanej osoby itp. Przestrzegano tego na terenie całego kraju, pośród wszystkich warstw społecznych. Pamiętnikarz Święcicki pisze, że Mazurzy: "Przy spotkaniu pozdrawiają się grzecznie z wypowiedzeniem wielu komplementów, bo trzeba wiedzieć, że świadczyć sobie godność Mazurzy lubią. I o nic nie jest tak łatwo, jak o zacięte kłótnie, które się wywiązują z powodu najmniejszego uchybienia".

Tego rodzaju zwyczaj istniał także pośród chłopów. Nawet przy przypadkowym spotkaniu, mijając się, należało wymienić kilka zdań, choćby nie posiadały one istotniejszej treści. Sposób wymiany konwencjonalnych grzeczności zależny był od pozycji socjalnej danych osób. Zdaniem cudzoziemców panowie, w ogóle ludzie majętniejsi, dawali zawsze odczuć osobom niższej kondycji swoją rangę, funkcję, swą wyższość. Niższy w hierarchii pierwszy sięgał do czapki, chłopi i służba zdejmowali nakrycia głowy i bez nich stali przed panem. Nieodkłonienie się nakryciem głowy wśród ludzi mniej więcej sobie równych oznaczało wyraźne lekceważenie drugiej osoby, a nawet ciężką obrazę. Znane jest oburzenie Jana III na cesarza Leopolda, który nie uchylił kapelusza, gdy prezentowano mu syna królewskiego - Jakuba. Znamienna też jest anegdotka o Sobieskim, który zmamił cesarza i pierwszy podniósł rękę, lecz nie do czapki, tylko do wąsa!

Trzeba tu dodać, że wobec kobiet obowiązywał specjalny kodeks grzeczności, dotyczyło to szczególnie środowiska szlachecko-magnackiego i wielkomiejskiego.

W rozdziale o pozycji społecznej kobiet pisałem, iż w zasadzie były one dyskryminowane, uzależnione od mężczyzny, co nie przeszkadzało, by w towarzystwie otaczać je galanterią. Szlachcic, który uważał kobiety za istoty niższego rzędu, przewrotne, lekkomyślne, rozwiązłe itd., na zewnątrz musiał kryć się z tymi opiniami, w towarzystwie wymagano od niego bowiem, by otaczał je galanterią. Kawaler zbliżał się do damy zawsze z niskim ukłonem, czapką w ręku i dwornym komplementem. Zdarzało się, że po oświadczynach padał do stóp lub klękał przed swoją wybranką. Panował nawet zwyczaj picia zdrowia dam z ich trzewiczków. Najczęściej wstawiano do nich kielichy, zdarzali się jednak gorliwcy, którzy pili bezpośrednio z atłasowych pantofelków. Uszanowaniem darzono także dojrzałe panie, matrony.

Charakterystyczne dla obyczajowości XVII i XVIII wieku było częste, wzajemne dawanie sobie upominków. Można je było otrzymać z okazji świąt, imienin, a także z powodu powrotu z podróży, przy składaniu wizyty oraz przy innych okazjach. Ówczesny szlachcic musiał szafować, nimi na prawo i lewo, a panowie wręcz prześcigali się w pomysłach, i obdarzaniu się kosztownymi prezentami. Podobnie działo się i w dużych miastach. Zwyczaj ten istniał także pośród chłopów, ale nie był tak szeroko rozpowszechniony. Upominki były kosztowne, często nawet rujnowały. Sytuację ratowała okoliczność, że i samemu można było zostać obdarowanym, tak więc rachunki często się wyrównywały. Obowiązujące wówczas reguły nakazywały także dawanie, mówiąc językiem współczesnym, napiwków. Po dworach rozdawano je przy okazji składania powinszowań, imienin czy świąt. Zwyczaj ten szczególnie przestrzegany był w miastach - należało dawać je służbie, posłańcom, wartownikom, osobom usługującym w gospodach czy założonych pod koniec XVIII wieku restauracjach i kawiarniach. Człowiek nie dający napiwków uchodził za sknerę, osobę bez honoru! Nie sądźmy jednak, że dawano je lekką ręką, bez zastanowienia. Zachowane rachunki szlachty i magnatów świadczą wyraźnie o tym, że nawet drobne sumy dawane posłańcom czy służbie były ściśle odnotowywane, wciągane do domowych rejestrów, ale mimo to każdy dawał napiwki, by uchodzić za osobę należącą do wytwornego towarzystwa. Napiwek dawano często z zaznaczeniem, by otrzymujący go przepił za zdrowie fundatora. W poemacie Korczyńskiego czytamy np.:

I per honor co wtedy miał w drobnej monecie, Rzucił: żołnierze za me zdrowie przepijecie!

Przestrzeganie form towarzyskich uzależnione było od pozycji socjalnej. Pan krociowej fortuny mógł je nawet lekceważyć, bowiem majątek i pozycja pozwalały na tolerowanie nie tylko jego nietaktów, ale i wybryków. Przestrzegania obowiązujących reguł wymagano jednakże od ludzi stojących niżej pod względem socjalnym, ewentualnie posiadających równorzędną pozycję. Panujące u nas zasady towarzyskie pozwalały także na dość swobodne operowanie rozmaitymi klątwami i wymysłami. Aczkolwiek słów takich nie pochwalano, to podchodzono do tego z powszechną tolerancją.

Używano tak wiele klątw i obelżywych wyrażeń, że zdaniem cudzoziemców,
przewyższaliśmy pod tym względem kraje ościenne. Wśród obelżywych epitetów dominowało słowo "kurwa" (określenia tego używano zarówno w stosunku do kobiet, jak i mężczyzn), czasem łagodzono to słowo, zmieniając je na "murwa". Wyzwiska wiążące się ze sferą seksualną przeplatano określeniami używanymi w świecie przestępczym, kobiety lżono np. słowami: wytartus, onaka, bazarnica, zamtuźnica, małpa, suka, burdalicha.
Wobec mężczyzn stosowano m. in. wyzwiska: hultaj, hycel, kat, pootka, szelma, smażygnat, szubienicznik, zębala, zdrajca, złodziej. Wyzwiska umiejętnie potęgowano, mówiąc np.: "hultaj rozpustny", "łgarz wszeteczny", "zdrajca wierutny"; powiadano: "łżesz jak pies", "szczekasz jak suka" itp. Używano także słów wymyślnie wzmocnionych jak np.: "arcybękart", "arcyłotr". Najbardziej obelżywym zwrotem było tak zwane łajanie "od matki". Miało ono kilka stopni.
Najdrastyczniejszym i zdaje się najczęściej używanym zwrotem było: "skurwy synu", nieco złagodzony brzmiał: "a taki synu", najłagodniejsze zaś było określenie: "pogański synu".

Innym charakterystycznym dla polskiego życia towarzyskiego rysem była gościnność, raczenie gości obfitym jadłem i rozmaitymi trunkami. Cechę tę podkreślali już cudzoziemcy, którzy przebywali w Polsce średniowiecznej, a w XVII - XVIII wieku zjawisko to jeszcze się chyba pogłębiło. Swoiście pojęta, często nużąca, rujnująca nieraz gospodarzy gościnność stanowiła wszakże moment typowy dla polskiej obyczajowości, różniła ją od bardziej umiarkowanej gościnności zachodniej. Wyróżniała także Polaków pewna bezpośredniość charakteryzująca polskie środowisko dworskie. Polscy władcy i ich rodziny nie przestrzegali tak ściśle sztywnego ceremoniału, jaki obowiązywał na dworach królów Hiszpanii, Francji, Cesarstwa. Miało to zresztą swoje dawne tradycje. Już podróżnicy i dyplomaci zachodni XIV- XV wieku podkreślali, że polski ceremoniał dworski odznacza się większą bezpośredniością niż zachodni. Na warszawskim dworze "nie mierzono kroków" przy audiencjach udzielanych cudzoziemskim dyplomatom. Królowie nie unikali bezpośrednich kontaktów z tłumem, nie oddzielali się od niego kordonami gwardii. Brali udział w uroczystościach rodzinnych dworzan i faworytów, bywało, że nawet pili na umór nie tylko z dygnitarzami, lecz także z prostymi towarzyszami spod wojskowego znaku. Ta bezpośredniość, ,,ludzkość" monarsza cechowała większość ówczesnych władców. Po pysznym, wyniosłym Zygmuncie III zasiadali na polskim tronie znani z bezpośredniego stosunku do otoczenia Władysław IV i Jan Kazimierz, majestat nie przerażał nikogo w postaci Michała Korybuta, mirem pośród szerokich kół ludności cieszył się Jan III. Cudzoziemcy byli zadziwieni bezpośredniością i uprzejmością ostatniego króla Rzeczypospolitej. Nawet tak wytrawny wojażer jak Casanovą zaskoczony został tymi manierami i pisał, że "było to dla mnie niespodzianką i zauważyłem, że zbyt wielka prostota równie może wyprowadzić z równowagi, jak nadmierna wspaniałość".
Król okazywał np. daleko posuniętą delikatność w towarzyskich kontaktach. Magier pisze: "Miał jeszcze król mały zegarek wielkości guzika przyszyty na rękawie surduta, mając na to wzgląd, aby za częstym dobywaniem zegarka nie okazywał, iż mu w jakim towarzystwie czas wydaje się za długi". Tego rodzaju postawa władców polskich znajdowała żywy aplauz w opinii szerokich kół szlacheckich, wojskowych, nawet mieszczańskich i chłopskich. Tematem podań ludowych, anegdot i facecji szlacheckich stały się wizyty, jakie składał swym poddanym Władysław IV, niefortunne odwiedziny Jana Kazimierza u państwa Sułkowskich, wesela, na których król ten pił i bawił się ochoczo wespół z biesiadnikami."
semen
 
Posty: 521
Dołączył(a): 11 paź 2012, o 05:16


Powrót do Książki i lektury

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość